piątek, 7 marca 2014

Chapter - Fiveteen


   
   Ciemne oczy Coneza były skupione na mojej osobie natomiast szare tęczówki Perrie nie potrafiące ukryć swojego rozbawienia, wędrowały w prawo i w lewo oglądając każdy szczegół w salonie. Na jej twarzy widniał cyniczny uśmieszek złożony z jej kształtnych ust muśniętych czerwoną szminką.
   - Co u ciebie, London? – zagadnął oschle Conez. Czułam jak moje ciało odmawia mi posłuszeństwa a skóra zjeża się na dźwięk jego ochrypłego głosu. – Doszły mnie słuchy, że Malik wrócił do miasta.
   - Nic..nic nie wiem – wyjąkałam.
   - Niech Pan natychmiast opuści moją posesję! – tato! – Jeżeli Pan się nie wyniesie, będę zmuszony zadzwonić na policję!
   - Twój tatuś, mała? – Conez mrugnął do mnie po czym uniósł swój pistolet i wycelował nim prosto w głowę ojca. Zachłysnęłam się powietrzem kiedy jego brudne palce zatrzymały się na spuście. – Wystarczy, że pociągnę a twój tatulek będzie zimny.
   - Zostaw go – pisnęłam. Mój głos zadrżał na co Perrie wybuchła gardłowym śmiechem.
   - Zostawię, kochanie – odpowiedział mężczyzna szeroko się uśmiechając. – Jak odpowiesz mi grzecznie na kilka pytań.
   - Londo…
   - Stul pysk, dziwko! – zanim moja mama zdążyła wyjąkać nieskładnie moje imię, blondynka podeszła do niej i przyłożyła pistolet do skroni. Zauważyłam jak mamą wstrząsnęło. To musiał być jakiś chory sen z którego miałam natychmiastową ochotę się obudzić. Pieprzony koszmar z którego się obudzę. Koszmar.
   - Kilka pytań, kochanie i wychodzimy kulturalnie z Pezz – wyjaśnił Conez neutralnym głosem. Wciąż celował w czoło mojego ojca, który nerwowo patrzył to na mnie, to na moją mamę. – Będziesz dobrą dziewczynką i odpowiesz na moje pytania to zostawię twoich rodziców.
   - Błagam Cię – jęknęłam bliska płaczu. Nie płacz blondyneczko, powtórzyłam w myślach słowa Zayna, które chciałabym teraz usłyszeć. Marzyłam, aby był tutaj teraz ze mną i trzymał mnie mocno za rękę.
   - Widziałaś się wczoraj z Malikiem? – zagadnął Conez. – Odpowiadaj, kochanie zanim się wkurwię i zastrzelę twoich rodziców.
   - Tak – wydukałam.
   - Nie powinienem tak Cię przesłuchiwać, ponieważ masz za sobą pewnie upoją noc, ale wiesz mała – ciche warknięcie Perrie uciszyło dalszy wywód Coneza. – Chętnie porozmawiałbym co robiłaś z Zaynem zeszłej nocy, ale boję się, że Pezz nie wytrzymałaby napięcie i wiesz… strzeliłaby - zaśmiał się jak gdyby nigdy nic. 
    - Do niej na pewno – warknęła blondynka na co mężczyzna się zaśmiał. Przecież była na niego wściekła! Groziła mu śmiercią! Zostawił ją z Policją na ogonie a teraz co? Ona pomagała wykończyć mnie psychicznie? Na tym to wszystko polegało?
   - Co tam u Malika, London?
   Spuściłam wzrok nie wiedząc co powiedzieć Cała drżałam i jedyne o czym marzyłam to wtulić się w tors mojego Zayna. Tak bardzo chciałam przylegnąć do jego ciepłej klatki piersiowej i czuć bicie jego serca.
   - Rozstrzelić Ci matkę? – warknęła Perrie. Spojrzałam na nią błagalnie. – To odpowiadaj na pytania!
   - Uspokój się, Edwards – zganił ją Conez ochrypłym głosem po czym odwrócił się z powrotem do mnie i posłał przerażający uśmiech, mający mnie zapewne udobruchać. – Malik mówił coś mnie?
   Pokręciłam głową.
   - Nie wspominał starego kumpla? – prychnął. – Nie ładnie z jego strony.
   - Conez – głos blondynki był przesiąknięty jadem i goryczom.
   - Śpieszy Ci się gdzieś, kochanie? – zacmokał obleśnie nie odwracając wzroku ode mnie. – Musimy się streszczać, London. Gdzie jest Zayn?
   - Nie wiem – mój głos mnie zdradził. Był tak piskliwy i jękliwy, że wprawił mężczyznę w głośny rechot.
   - Oj, kochanie zła odpowiedź – powiedział rozbawionym głosem. – A myślałem, że nauczyłem Cię odpowiadać poprawnie za pierwszym razem.
    Spojrzałam na niego wystraszona powtarzając w głowie jego słowa. Moje tęczówki rozszerzyły się kiedy Conez skinął głową do Perrie. Ta pociągnęła za spust w tym samym momencie kiedy przekierowała rewolwer na mojego ojca. W ułamku sekundy rozległ się głośny huk wystrzału i donośne opadnięcie taty na ziemię. Krzyknęłam głośno kiedy z jego czoła zaczęła się rozlewać stróżka krwi.
   - Conrad! – po policzkach matki zaczęły spływać łzy. Chciała podejść do taty jednak Perrie przytrzymała ją za ramiona i uderzyła czarnym pistoletem w czoło przez co mama jęknęła.
   - Trzeba było nauczyć córeczkę mówić prawdę – syknęła na co Conez pokręcił z niedowierzaniem głową. Na jego twarzy widniał ten okropny cyniczny uśmieszek.
   - I pomyśleć, że ta laska chodziła kiedyś w kwiecistych spódniczkach za kolano – zaśmiał się mężczyzna wskazując na Perrie. Puściłam jego komentarz mimo uszu, ponieważ wpatrywałam się tępo w zimną, leżącą na ziemi sylwetkę mojego ojca. Wierzyłam, że na sekundach się podniesie. – Stworzyłem potwora.
   - Ty..yy – nie potrafiłam skleić słowa. Moje oczy momentalnie zaniosły się łzami podczas, gdy moja mama jęczała i krzyczała imię taty. – Zabili..iście g..go.
   - Skrupulatnie, ona go zabiła.
   - Ach ja zła kobieta – syknęła z przekąsem Perrie zagryzając dolną wargę. Gdybym nie wiedziała co czuć i jak się zachować, rzuciłabym się na nią i z całych sił okładałbym pięściami. Aż do utraty jej tchu.
    - London, kochanie – poczułam szorstką dłoń Coneza gładzącą mój policzek. Byłam tak słaba psychicznie, że nie potrafiłam jej zrzucić. – Nie płacz, cukiereczku.
   Sebastian swoją silną ręką przyciągnął mnie do swojego napiętego torsu i owinął mocno. Pozwoliłam moim łzom intensywnie spłynąć jednocześnie wyrywając się z uścisku mężczyzny. Słyszałam intensywne szlochanie mojej mamy, chichoty Perrie, obleśne zdrobnienia mojej osoby naraz.
   - Uspokój się, skarbie – mruknął Conez do mojego ucha.
   Próbowałam się wyrwać z jego mocnego uścisku, jednak Sebastian był silniejszy ode mnie. Trzymał mnie kurczowo jedną ręką podczas, gdy drugą gładził mój policzek swoją szorstką i dużą dłonią. Traciłam powoli nad sobą zmysły.
   Zaczerpnęłam głęboko powietrze kiedy to Conez poluzował uścisk i zaskakująco szybko odepchnął mnie. Potrzebowałam kilku sekund, aby zrozumieć, że ktoś odepchnął go od mojej osoby. Nie fatygując się nawet zobaczyć kto to był, odwróciłam się do mojej mamy, która wciąż była przytrzymywana przez nieziemsko piękną blondynkę. Spojrzałam na mojego nieruszającego się ojca. Leżał w ogromnej kałuży krwi i nic nie wskazywało na to, że… miałby się poruszyć.
   Uniosłam swój zapłakany wzrok na Perrie. Jej szare tęczówki wpatrywały się z niedowierzaniem w Coneza, który sapał głośno. Wytrącona z równowagi i kompletnie nieświadoma rzeczy, które działy się na przełomie tych dziesięciu sekund, odwróciłam się do tyłu i ujrzałam przypartego Sebastiana do obitej ściany w salonie. Kruczowłosy chłopak trzymał go mocno za skrawki koszulki i co chwila obijał twarz, aż z nosa mężczyzny zaczęła się sączyć krew. Poczułam jak mój żołądek przewrócił się o sto osiemdziesiąt stopni a nogi ugięły się pode mną odmawiając jakiegokolwiek posłuszeństwa. Krew zawrzała w moich żyłach a serce niesamowicie przyśpieszyło.
   Zayn.
   - Jeszcze raz ją tkniesz! – warknął zaciekle kruczowłosy uderzając po raz kolejny tracącego kontakt z rzeczywistością, Coneza.
   - Malik! – syknęła Perrie przez zaciśnięte zęby, zwracając na siebie uwagę. W jej oczach dostrzegłam wściekłość i żar. Ścisnęła mocniej ramię mojej rodzicielki przez co krzyknęła głośniej przestając na chwilę szlochać.
   - Puść ją, Pezz – wymamrotał Zayn przewracając Coneza na ziemię. Zanim zdążyłam przykryć usta dłonią, kruczowłosy uderzył mężczyznę w brzuch tak mocno, że ten skulił się z bólu. – Perrie!
   - Nie będziesz mi rozkazywać! – splunęła blondynka przystawiając bliżej rewolwer w kierunku skroni mojej matki. Pisnęłam niekontrolowanie na co na twarzy Perrie pojawił się cyniczny uśmiech. – Twoja dziewczyna chyba jest posrana ze strachu, nie?
    - Puść. Ją.
   - NIE! ZROBIĘ CO BĘDĘ CHCIAŁA!
   - Perrie – ton Zayna był chłodny i groźny. Mierzył ją swoim zabójczym spojrzeniem, które nie tylko mnie wprawiło w zakłopotanie. Zayn upewniając się kątem oka, iż Conez zwijał się z bólu na podłodze zrobił mały krok w kierunku blondynki. - Nie jesteś taka.
   - Zabiję ją – zagroziła. – Zabiję ją, Zayn.
   - Nie zrobisz tego, Perrie.
   - Nie wierzysz mi? – zapytała przeciągle blondynka. – Zabiję ją i tak czy siak. A wiesz czemu?
   Zayn nawet nie mrugnął podczas, gdy ja wciąż stałam w miejscu i nie potrafiłam się ruszyć aby cokolwiek zrobić. Co chwilę wydawałam z siebie dźwięki dziwnych i frustrujących szlochów nie wiedząc gdzie zawiesić spojrzenie moich napuchniętych od płaczu oczów.
   - Ona jest matką dziewczyny, która zawróciła Ci w głowie – wzdrygnęłam się na jej chłodne słowa. – Powiedz mi co ona ma Zayn czego ja nie miałam?!
   - Perrie…
   - Zamknij się kurwa! – wrzasnęła blondynka. Wzięła głęboki oddech po czym przymrużyła oczy. W tle usłyszałam ciche pojękiwania Coneza świadczące o bólu jaki stworzył mu Malik. – Albo wiesz co, Zayn? Lepiej leć przytul swoją dziewczynę i spróbuj wytłumaczyć jej jak to jest żyć bez dwójki rodziców.
   Zanim kruczowłosy otworzył usta, aby wypowiedzieć nieskładnie jej imię, pociągnęła za spust i… zastrzeliła moją mamę. Opadła na podłogę z hukiem na co padłam na kolana i zaczęłam płakać krzycząc w kółko jej imię.
    Reszta się nie liczyła. Perrie naciągnęła kaptur na swoją głowę i wybiegła jak gdyby nigdy nic. Conez zwijał się z bólu parę centymetrów ode mnie a ja siedziałam na kolanach na zimnych panelach zabrudzonych od krwi moich… martwych rodziców.
   Zayn tulił mnie do siebie, szeptał coś do ucha jednak ja patrzyłam na nieruchome ciało mojej mamy. Postura ojca wydawała się być wyziębła i taka… przerażająca. Pusta. Pusta jak ja w środku. Poczułam, że nie mam nic. Jestem nic nie warta. Nie powinnam istnieć. Mój byt nie..
   Nie wytrzymałam. Płacząc intensywnie pozwoliłam moim powiekom opaść mając nadzieje, że kiedy się obudzę to wszystko okaże się pieprzonym koszmarem.

________

   Przyłożyłam swoje dłonie do moich wciąż zamkniętych powiek i powoli zaczęłam je pocierać. Ziewnęłam głośno przewracając się na drugą stronę i powoli otworzyłam oczy. Zamrugałam kilkakrotnie kiedy napotkałam czekoladową głębie oczu kruczowłosego chłopaka leżącego niemiłosiernie blisko mnie.
   - Zayn.
   Na twarzy chłopaka przejawił się nikły cień uśmiechu po czym jego duża dłoń spoczęłam na moim policzku. Nie odrywając od niego wzroku pogładziłam jego dłoń spoczywającą na mojej twarzy. Świadomość, że Zayn leżał tuż obok mnie sprawiała, że zalewała mnie fala ciepła jakie mi dostarczał.
   - Hej – przeciągnął przywitanie. – Jak się czujesz?
   - Tak ciężko – wyznałam, wzdychając ciężko. – Miałam zły sen.
   - Chcesz mi o nim opowiedzieć? – zapytał cicho a jego oczach dostrzegłam wahanie. Kruczowłosy przybliżył powoli swoją twarz w kierunku mojej i delikatnie musnął moje suche od snu, usta. Sądziłam, że za chwilę otworzy moje wargi swoim językiem jednak zamiast tego, odsunął się i westchnął cicho. Zaczynałam być lekko skonsternowana jego dziwnym zachowaniem. Był delikatny, zbyt delikatny.
   - Nie był ciekawy – wyznałam przewracając się na plecy. Malik chwycił moją dłoń i splótł ją ze swoimi palcami. Był to bardzo opiekuńczy gest na który Zayn nigdy przedtem nie byłby w stanie wykonać. – Wszystko w porządku?
   - Przepraszam Cię za wszystko, London. – Jego wyznanie kompletnie zbiło mnie z tropu a źrenice machinalnie rozszerzyły się. – Nie chciałem, żeby to wszystko tak się potoczyło.
   - O czym ty mówisz?
   - Znienawidzisz mnie.
   - Skąd taki pomysł? – o mało co nie zachłysnęłam się powietrzem. – Dlaczego miałabym to zrobić?
   - Opowiedz mi twój sen. – Spuścił wzrok na nasze splecione dłonie i głośno westchnął. - Proszę, London.
    - Moi rodzice umarli – wyznałam po chwili. – Perrie ich zastrzeliła po tym jak przyszła z Conezem do mojego domu.
   Zayn nie powiedział nic tylko zmrużył oczy. Puścił moją dłoń po czym wyprostował się na łóżku do pozycji siedzącej. Uniosłam się na łakociach i spojrzałam zdziwiona na niego. Kątek oka zauważyłam ciemne odcienie panujące w pokoju i zdałam sobie sprawę, że nie byłam w swojej sypialni.
   - Co ja tutaj robię? – zapytałam.
   - Zostaniesz tutaj na jakiś czas – wyjaśnił Malik drżącym głosem. Co?
   - Dlaczego?
   - Ponieważ twój dom jest oblegany przez Policję.
    - Co? – zdumiałam się. Wygrzebałam się spod ciepłej kołdry i nie zważając na falę zimna jaka uderzyła w moje półnagie ciało, podeszłam do Zayna i usiadłam bok niego. – Dlaczego?
   - Ponieważ jest miejscem morderstwa.
   - Jakiego morderstwa? – sen o strzelającej Perrie powrócił.
   - Twoich rodziców.
   Nawet nie wiem kiedy odsunęłam się od niego. Z szeroko otwartymi oczami wstałam z łóżka i naciągnęłam moją białą bluzkę w dół. W mojej głowie panował istny chaos. Chciałam się rozpłakać i zacząć śmiać jednocześnie. Miałam ochotę rzucić się na podłogę i zwijać ze śmiechu, aby zaraz po tym podeprzeć się ściany i płakać jak dziecko. To nie był sen. To był smutna rzeczywistość, która miała miejsce. Moi rodzice zostali… zastrzeleni. Oni nie żyli. Nie oddychali. Nie istnieli. Nie mieli już nigdy więcej stanąć na nogach. Nie mieli już nigdy więcej przejść przez nasze duże drzwi i wsiąść do samochodu, ab wyjechać do pracy. Nie mieli już nigdy więcej otworzyć ust, aby powiedzieć mi co robię nie tak. O mój Boże.
   Oni naprawdę nie żyli.
   - London, ja wiem, że to jest dla ciebie ciężkie, ale musisz…
   Zayn szybko wstał z zamiarem objęcia mnie. Roztrzęsiona, uniknęłam jego uścisku i czując jak łzy napłynęły do moich oczu wyparowałam jak burza z sypialni chłopaka. Przemknęłam przez korytarz i skręciłam w prawo, do salonu, gdzie miałam zamiar otworzyć szafkę Zayna z alkoholem i opróżnić pierwszą lepszą butelkę.
   Zamiast tego stanęłam jak wryta kiedy ujrzałam mocno pobitego Coneza, siedzącego ze skrzyżowanymi ramionami na jego klatce piersiowej. Obok niego siedział Kierana ze swoją czarną, poburzoną czupryną. Obydwoje mieli grobowe miny.
   - TY! – wrzasnęłam zwracając na siebie uwagę. Conez kiedy tylko mnie zauważył wstał i podniósł swoje ręce do góry w geście poddania się. Nawet nie wiem kiedy rzuciłam się na niego i zaczęłam okładać pięściami. Kieran próbował mnie odepchnąć, ale spoliczkowałam go przez co wprawiłam chłopaka a stan zakłopotania.
   - London, uspokój się! – dopiero kiedy poczułam chłodne dłonie Zayna na moich biodrach przestałam okładać Conez pięściami. Malik chwycił mnie mocno i przyciągnął do swojego ciepłego torsu. Oplotłam go mocno w pasie i schowałam twarz w koszulce chłopaka.
   - Co on tutaj robi? – jęknęłam płaczliwie.
   - Chcę porozmawiać – wyjaśnił Conez.
   - On zabił moich rodziców, Zayn  – powiedziałam szlochając, kompletnie ignorując jego osobę.
   - To nie on zabił twoich rodziców, mała – wtrącił Kieran. – To była Perrie.
   - Muszę Ci wszystko wyjaśnić, London. – głos Coneza zadrżał kiedy wypowiedział moje imię. – Perrie okłamała nas wszystkich.

_______________

   Moja wena stoi w miejscu i nie mam pojęcia co z tym zrobić. Odnośnie tego rozdziału, powiem jedynie, że nie jestem z niego zadowolona. Nie wyszedł mi tak jak chciałam. Ostatnio nic mi nie wychodzi.
Nie mam ochoty się rozpisywać dlatego zapraszam tylko na JT oraz CW.
Byłoby miło zobaczyć porządną liczbę komentarzy :)

17 komentarzy:

  1. Świetny, chociaż szkoda mi rodziców London. Ciekawe w czym takim Perrie wszystkich okłamała. Z niecierpliwością czekam na nexta. Pzdr i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nominowałam cie do Liebster Award. Więcej szczegółów u mnie:
      destiny-rebekah-1d.blogspot.com

      Usuń
  2. wow ! no to nieźle się porobiło ;/ a ta Perrie ! bosz ! dobrze że naprawdę taka nie jest bo bym ją chyba roztrzaskała haha !
    rozdział świetny ! jeden z najlepszych ;D czekam na kolejny i to z niecierpliwością ^.^ Pozdrawiam ! xx

    OdpowiedzUsuń
  3. WOW 0_0
    blog jak blog , ale ten jest genialny ♥
    czekam nn ;d
    całuje Ola ;*
    zapraszam do siebie ! borntobedifferentfromthem.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. W zasadzie to nie powinnam mówić że rozdział jest świetny bo ukatrupiłaś a konkretniej twoje wyobraźnia z Perrie w roli głownej rodziców London i się rozbeczałam, ale cóż takie życie.
    PS. rozdział jest świetny i weny życzę

    OdpowiedzUsuń
  5. o jejciu, ale zajebisty, a zarazem smutny rozdział (;( Perrie to popierdolona psychiczna zdzira!! Zayn jest w tym rozdziale taki opiekuńczy i uroczy, ale nadal bad boy!! już sie nie mogę doczekać nexta ;p weny i buziole ;**
    http://we-found-love-in-a-hopelessplace.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozdział spoko. Hah, gdy w Twoim opowiadaniu pierwszy raz pojawił się Conez, marzyłam, żeby mu się coś odwidziało i żeby współpracował z Malikiem hahaha. No i mam co chciałam. Mam tylko pytanie: od początku chciałaś uśmiercić rodziców London, czy dopiero niedawno to wymyśliłaś? An.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od początku miałam to zaplanowane, niestety ;c

      Usuń
  7. rozdział jest świetny i dużo sie w nim dzieje <3 i podwyż troche swoją samoocene i nie bądź dla siebie taka mówiąc że rozdział ci nie wyszedł bo naprawde jest wspaniały mam nadzieje że wena ci powróci spowrotem i bedziesz pisała dalej trzymam za ciebie kciuki :D i do następnego

    OdpowiedzUsuń
  8. Na początek: tutaj Marta Jędrzejczyk, wreszcie udało mi się ogarnąć bloggera i ustawić pożądną nazwę ^^ A teraz rozdział: zajebisty! :D Tego się nie spodziewałam xD Za cholerę nie wpadłabym na to, że uśmiercisz rodziców London ;3 Boże, jak mi jej szkoda... Jak Perrie mogła zrobić coś takiego?! Rozumiem, była zazdrosna o Zayn'a, ale żeby posuwać się do morderstwa?! Ona jest do wszystkiego zdolna -,- I o co chodzi z tym, że okłamała ich wszystkich? Czekam na następny rozdział ;*
    M. xx

    OdpowiedzUsuń
  9. łaaał! *__*
    Czytam sobie pierwszy akapit i sobie myślę, o nie, Perrie nie mogła zabić rodziców London. Potem czytam akapit 2. i sobie myślę : uff, to tylko sen, ale czytam dalej, czytam i widzę, że to jednak prawda o.o
    Uwielbiam to, że potrafisz trzymać czytelnika w napięciu, ahh! :> To sprawia, że chce się czytać i czytać! :D
    No i jestem ciekawa, co Conez ma do powiedzenia, widać, że Perrie go okłamała i nie tylko jego. Bardzo mnie ciekawi jak to wszystko się potoczy dalej :)

    Ta historia to absolutne mistrzostwo! ♥
    Całuję x
    @blue_eyes_9

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak to nie żyją :'( (poryczałam się )
    Pierre ty idiotko.

    OdpowiedzUsuń
  11. Naprawdę, nie sądziłam że kiedykolwiek to powiem (bądź napiszę) ale Perrie jest straszną suką. Biedna London, jak Edwards mogła jej do zrobić, przez czystą zazdrość, do chuja pana?! Pogrążona w beznadziei i rozpaczy mam nadzieję że podniesiesz mnie lekko na duchu następnym rozdziałem..

    OdpowiedzUsuń
  12. Pobawiłabym sie w krytyka, ale tu nie ma co krytykować :)
    W pierwszym rozdziale potrafiłaś mnie tak zaciekawić, ze nie mogłam isć spać tylko dziś w nocy przeczytałam wszystkie. ;P
    Twój styl pisania jest genialny, a co najważniejsze pomysł na fabułe oryginalny, przynajmniej tak mi się wydaje, jeszcze sie nie spotkałam z podobnym. xD

    OdpowiedzUsuń
  13. Przepraszam że nie skomentuje od początku, ale już następne rozdziały komentować będę na bieżąco. Chciałam powiedzieć, że to opowiadanie jest boskie. Świetne, tak jak pozostałe przez ciebie napisane. Sama nie wiem dlaczego ja wcześniej tu nie zaglądnęłam, no ale czego można się po mnie spodziewać. Zaintrygowałaś mnie tym opowiadaniem, jest na prawdę genialne. Jestem zaskoczona, że uśmierciłaś rodziców London i nawet nie chcę wyobrażać sobie tego co ona teraz czuje, ale muszę Ci przyznać, że jest to ciekawy zwrot akcji, ciekawi mnie co wydarzy się dalej, mam nadzieję, że złapią Perrie. Podoba mi się również relacja między London a Malikiem, chłopak zaczyna być względem niej bardzo opiekuńczy zwłaszcza po tym co się stało, jednak coś zaczyna do niej czuć. No i ten cały Conez, ciekawe co ma do powiedzenia.
    Rozdział jak i cały blog jest zajebisty, a ja z niecierpliwieniem czekam na kolejny rozdział, życzę weny i do następnego! :)

    OdpowiedzUsuń