środa, 26 marca 2014

Chapter - Seventeen


   SONG

   Moje powieki były jeszcze ciężkie dlatego nie otwierałam ich. Jęknęłam cicho i wyjęłam moją prawą ręką spod ciężkiej i wręcz duszącej mnie kołdry. Położyłam ją po drugiej stronie łóżka, mając nadzieję natrafić na ciepłą skórę Zayna. Wciąż zaspana, uśmiechnęłam się lekko na wspomnienie ostatniej nocy. Dotrzymał słowa; sprawił, ze chociaż na chwilę zapomniałam o wszystkim. Dosłownie o wszystkim.
   Zawiedziona moimi poszukiwaniami, otworzyłam leniwie oczy i zamrugałam kilkakrotnie. Kiedy moje tęczówki zlustrowały puste łóżko, niemal natychmiast wyprostowałam się do pozycji siedzącej odczuwając nagły ból w okolicach złączenia moich ud. Przygarnęłam do siebie bardziej pościel, rozglądając się po pustym pokoju. Żaluzje były zasłonięte co wyjaśniało mrok panujący w pokoju. Moje serce zaczęło szybciej bić a oczy w sekundzie zrobiły się wilgotne. Odwróciłam głowę w kierunku małej szafeczki nocnej na której stała mała, wciąż załączona lampka. Obok niej leżała moja komórka spod której wystawało coś białego. Niepewnie sięgnęłam, jak się okazało, po skrawek białej kartki, jednocześnie nawołując imię kruczowłosego:
   - Zayn?
   Kiedy odpowiedziała mi cisza, przetarłam dłońmi moje wciąż zwilgotniałe oczy i obróciłam starannie złożoną kartkę w dłoniach. Westchnęłam głośno, prostując papier. Obawiałam się najgorszego. Mimo, że najgorsze przeżyłam.
   Przygryzłam dolną wargę i spuściłam wzrok, skupiając się na pośpiesznie napisanych, niechlujnie słowach tworzących dosyć długi liścik:

   „Chciałem napisać Ci sms`a, ale uznałem, że lubisz te całe romantyczne bzdety, więc postanowiłem napisać to gówno. Sory blondyneczko, ale na nic bardziej romantyczniejszego mnie nie stać a to co zaraz przeczytasz z pewnością nie spełni twoich oczekiwań.
   Przepraszam Cię za wszystko, London. Mogłem sobie dalej siedzieć w Bradford i czekać na ten wyrok zamiast próbować oczyścić moje imię i sięgać po pomoc u twojej mamy. Mimo, iż tego nie okazywałem, jeszcze w życiu nie polubiłem tak kogoś jak jej. Miałaś wielkie szczęście, że Chelsea była twoją matką. Jest z pewnością z ciebie bardzo dumna i mocno Cię kocha. Pamiętaj o tym, mała.
   Nie wiem co powiedzieć. Gdybym musiał powiedzieć Ci to  w twarz zapewne nie powiedziałbym nic tylko wpił się w te twoje słodkie wargi. Boże, powinni Cię zabić za bycie taką słodką. Czuję się jak dupek bo mam wrażenie, że Cię wykorzystałem mimo, że tak nie było. Nie powinienem spełniać twojej wczorajszej prośby, ponieważ to mnie dobija. Pomijając fakt, iż była to świetna noc, czuję się okropnie. Przeleciał i zostawił – pewnie tak mnie zapamiętasz, skarbie. Cóż, może to i lepiej. Nie będziesz za mną tęsknić, choć ja będę i to mocno. 
   Nie powiem Ci, że Cię kocham bo tak nie jest London. Ale nie jesteś mi obojętna, znaczysz dla mnie bardzo wiele i dlatego muszę odejść z twojego życia na dobre. Uwierz mi, że nie chcę, ale nie mogę ryzykować już dłużej. Straciłaś przeze mnie wystarczająco, blondyneczko.
   Opuść moje mieszkanie, nie kłopocz się zamkiem, nie wrócę do niego. Jedź do Polly, ona zaopiekuje się tobą razem z Kieranem. Wybacz mu London. On Cię kocha i chce dla ciebie jak najlepiej, uwierz mi mała.
   Bądź szczęśliwa, to moja jedyna prośba. Żyj tak jakbyś nigdy mnie nie poznała. Wiem, że to nie realne, ale postaraj się, zgoda? Jesteś piękna i silna, dlatego wierzę, ze dasz sobie radę, blondyneczko. Chociaż ten raz mnie posłuchaj i zacznij od nowa.
Przepraszam jeszcze raz, chociaż wiem, że to nic nie da.”

   Ciężkie, słone łzy opadły na kartkę, rozmazując atrament. Najgorsze właśnie się ziściło. Straciłam osobę, którzy utrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach.

________


   - Czy Pańscy rodzice mieli jakiś wrogów? – Policjant nie odrywał ode mnie wzroku ani na sekundę. – Weszli z kimś w jakieś konflikty?
   - Nic z tych rzeczy – wydukałam bez uczuciowo. Mój wzrok, przez całe przesłuchanie był spuszczony na podłogę, a dokładniej na moje zabrudzone już trampki.
   - Ma Pani jakieś podejrzenia względem zaistniałej sytuacji? – kontynuował, nie zrażając się moim prawie duchowym zawieszeniu. Odpowiadałam niczym zombie, nie ruszałam się, nie uśmiechałam się, nie mówiłam za dużo. Oddychałam i zastanawiałam się dlaczego Bóg tak bardzo mnie nienawidził?
   Policjant chrząknął znacząco na co przymknęłam powieki. Czego on oczekiwał ode mnie? Że powiem, iż znam mordercę… morderczynię moich rodziców? Powiem mu w jakich okolicznościach ją spotkałam? Opowiem mu, iż była jej to zemsta na mnie. Za co? Za to, że Zayn  nigdy nie odwzajemniał jej uczuć? Za to, iż byłam dla niego ważniejsza niż ona sama, kiedyś w przeszłości, kiedy to ich relacja była czysta? Co miałam powiedzieć temu facetowi? Moich rodziców zamordowała szmata, która chciała się zemścić na Zaynie, ponieważ sądziła, iż on kochał mnie a to nie była prawda! Ponieważ, Malik nie był zdolny do miłości. On nie był zdolny do jakichkolwiek uczuć. Manipulował, dawał nadzieję a potem… zostawił z wyjaśnieniami znajdującymi się na głupiej karteczce, spisanej stekiem kłamstw.
   To mu miałam powiedzieć?
   - Nie. – Pokręciłam ledwo widocznie głową.
   - Czy wciąż uczęszcza Pani na terapię?
   - Tak.
   - Chce Pani coś dodać? – zapytał krzyżując dłonie na piersiach.
   - Nie.

________


   Poskładałam moją ostatnią parę jeansów już i włożyłam ją do mojej walizki. Upchałam ubrania do jej wnętrza po czym klapnęłam jej górę i z całych sił ją trzymając, zamknęłam zamek błyskawiczny. Westchnęłam głośno, odpychając się od kwiecistej walizki po czym zdjęłam ją z łóżka i ułożyłam obok dwóch już stojących.
   - Mam ochotę rozpiąć je wszystkie i powrzucać z powrotem twoje ubrania do szafy. – Polly opierała się o framugę drzwi swojego pokoju, w którym się znajdowałam. Jej zazwyczaj sprężone, rude włosy, opadały prosto na jej ramiona. Szare oczy były podkrążone i lekko zaczerwienione z powodu nadmiernej ilości łez wyprodukowanych przez dziewczynę.
   - Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo bym chciała, abyś to zrobiła. – Podciągnęłam katar nosem i spojrzałam smutno na moją najlepszą przyjaciółką. Przetarła swoimi dłońmi twarz i podeszła do mnie. Zamknęłam ją w mocnym uścisku i schowałam swoją twarz w zgłębieniu jej obojczyka podczas, gdy moje niesforne blond włosy łaskotały jej gładki policzek.
   - Kocham Cię, Lon i zawsze będę – wychlipała. – Proszę, pamiętaj o tym.
   - Zawsze, Polls – odparłam, zaciskając mocno powieki. Tamowanie łez z każdym dniem, przychodziło mi z trudem.
   - Odwiedzisz nas najszybciej jak będziesz mogła, prawda? – zapytała rudowłosa, swoim piskliwym od płaczu głosem.
   - Oczywiście – skłamałam. Doskonale wiedziałam, że wyjazd z Cardiff sprawi, że moja noga już nigdy więcej nie postawi w tym kraju. Nie chciałam o tym informować mojej Polly, ponieważ zasługiwała na lepszą wersję przyjaciółki, którą starałam się być, mimo, iż przez kłamstwo.
   Rudowłosa odsunęła się ode mnie i przetarła swoje załzawione oczy, rozmazując tusz dookoła jej szarych tęczówek. Uśmiechnęłam się cierpko podczas, gdy moje serce rozpadało się na pół.
   - Spakowana? – Do pokoju wszedł Kieran, ostrożnie rozglądając się po pokoju. – Twoja Ciocia już jest w salonie, Lon.
   - Dzięki – odparłam. Obydwoje z Kieranem nie mieliśmy odwagi spojrzeć w sobie w oczy. Ani teraz ani przez ostatnie dwa tygodnie, które spędziłam mieszkając u jego dziewczyny.
   - Pomożemy Ci z walizkami – zaoferowała Polly, po czym odwróciła się, aby chwycić jedną, ale Kieran chwycił delikatnie jej nadgarstek.
   - Nie nadwyrężaj się, kochanie – powiedział spokojnie. – Ja je zniosę.
   - Ja sobie sama poradzę, dziękuję – wtrąciłam cicho, podchodząc do nich. Kieran westchnął cicho i wsadził swoje dłonie w przednie kieszenie swoich ciemnych spodni.
   - Nie wyjeżdżaj – poprosił.
   - Nie chcę tu być – odparłam.
   - Masz mnie i Polly.
   - A na Florydzie, możliwość zaczęcia nowego życia, Kieran – powiedziałam, unosząc swój wzrok na kruczowłosego. Na jego bladej twarzy malował się ból i zmieszanie.
   - Nie chcę się z tobą żegnać. Nie jestem gotowy.
   - Ja też nie jestem, ale musimy wszyscy troje ruszyć naprzód.
   - London… - Chłopak podszedł bliżej mnie i chwycił mocno moją dłoń. – Błagam Cię, nie nienawidź mnie.
   - Nie nienawidzę Cię – zaśmiałam się spazmatycznie, słysząc jak owe zdanie brzmiało w rzeczywistości. – Kocham Cię Kieran i zawsze będziesz dla mnie bratem innej mamy.
   - Zawsze chciałem dla ciebie dobrze, mała. – W jego ciemnych oczach błysnęło coś na kształt mokrej łzy.
   - Wiem. – Skinęłam głową.
   - To co zrobiłem… Śmierć Dylana zawsze będzie mnie prześladować – powiedział szybko. Kątem oka zauważyłam jak Polly wzdrygnęła się. Wciąż nie potrafiła pogodzić się z tym, że jej wielka miłość zamordowała nieumyślnie swojego bliźniaka.
   - Mogłem wam od razu powiedzieć, może wtedy byłoby mi lepiej. – Westchnął ciężko. – Ale gdybym wam to powiedział, wszystko wyjaśnił, to zmieniłoby to coś?
   - Zmieniłoby to wszystko, Kieran. – Zmieniłoby to sam fakt, iż nie zakochałabym się w Zaynie wiedząc, ze narażał swoje życie dla morderczyni.
   - Przepraszam, Lon. Naprawdę przepraszam. – Chłopak schował swoją twarz w dłoniach. Oplotłam swoje dłonie  wokół jego umięśnionych pleców i przytuliłam go mocno do siebie, po czym usłyszałam jego… szloch? Nie, Kieran nie płakał. On był tutaj tym twardym.
   - Wszystko już dobrze, Wilson – powiedziałam, z trudem powstrzymując mój łamiący się głos. – Kocham Cie mocno, nie zapominaj o tym.
   - Ja ciebie też, Lon.
   Oderwaliśmy się od siebie. Kieran przetarł jeszcze raz swoją twarz po czym wziął dwie moje walizki na dół. Uścisnęłyśmy się jeszcze raz z Polly po czym nie udolnie, zniosłyśmy moją jedną walizkę na dół, śmiejąc się histerycznie. Mój przyjaciel zapakował je do taksówki, która miała mnie zawieść razem z ciocią na lotnisko.
   - Dbajcie o siebie – powiedziałam moim przyjaciołom, którzy mocno obejmowali się w pasie. Kieran ucałował mnie mocno w czoło, przyrzekając mi, że zaopiekuje się Polly do końca życia, a rudowłosa nie szczędziła łez, powtarzając w kółko, że nas kocha.
   Wsiadając do samochodu, ciocia ścisnęła mocno moją dłoń. Jej ciemnoblond włosy były ściśnięte w solidnego warkocza a jej uśmiech starał się być promienny, mimo tego, że cierpiała równie mocno co ja. Straciła w końcu siostrę.
   Obróciłam twarz w stronę szyby i obserwowałam po raz ostatni mijające szybko poszczególne domki, tu w Cardiff. Już jutro miało mnie tu nie być. Miałam wyjechać do Ameryki, opuszczając Wielką Brytanię raz na zawsze.
   Mój wzrok napotkał parę, całujących się przed czyimś domem. Kropelki deszcze spływały po ich ubraniach, ale oni się tym nie przejmowali. Tkwili w pięknym momencie jaki pozostanie im do końca życia.
   I z jakiegoś powodu, poczułam jak mój motylek na łopatce zaczynał mnie piec.

   [Pierwsza miłość nie musi być odwzajemniona, w sumie nawet nie powinna]


________________


 - REKLAMA DŹWIGNIĄ HANDLU -
   CW

Przepraszam was za wyrażenie, ale jestem w chuj zadowolona z tego rozdziału. Wyszedł mi tak... nie wiem, naturalnie?  Cholera, no podoba mi się! I możecie mnie zjechać od góry do dołu, wytykając mi błędy, ale zdania nie zmienię. Kocham siedemnastkę <3
Moi kochani, mam dla was niespodziankę. Jaką? Dowiecie się za nie długo. 
Cóż, nie udało się wam przekroczyć 30 komentarzy, trudno. Może teraz wam wyjdzie? Nie wywieram na was żadnej presji, ale byłoby naprawdę miło zobaczyć liczbę komentarzy choćby w połowie zbliżoną do liczby obserwujących.
JAK PIOSENKA? JA JĄ KOCHAM <3
Dobra, uciekam na szluga a potem książeczka.
Do zobaczenia wkrótce,
Luv ya.



piątek, 21 marca 2014

Chapter - Sixteen



   Wciąż nie docierało do mnie, że byłam… sierotą. Straciłam rodziców. Nie mieściło mi się to w głowie. Głupio się łudziłam, że jeśli chwycę telefon w dłonie zobaczę ich wiadomości z nakazem wracania do domu. Nie potrafiłam przyjąć do wiadomości, że ich nie było. Że zniknęli. Nie…
   - Jak to okłamała? – wydukałam wtulona w pierś Zayna. Chłopak był niewzruszony faktem, że zalałam łzami całą jego koszulkę. Patrzył tylko jak nie wypuścić mnie z swoich silnych objęć.
   - Okłamała nas wszystkich, mała – mruknął Kieran przeczesując palcami swoje włosy. Nadal nie rozumiałam co tutaj robił, ale byłam zbyt skonsternowana, aby go o to zapytać.
   - Nie rozumiem was.
   - Kiedy Zayna zgarnęli za zabójstwo Dylana, ja dałem nogę a Kieran wyjechał z rodzicami do Cardiff.  – Nigdy nie słyszałam tak słabego głosu Coneza. Zawsze brzmiał tak… twardo i rządzicielsko. – Perrie po jakimś czasie odnalazła mnie i nie wiem jakim cudem wmówiła mi, że Malik faktycznie strzelił. Byłem roztrzęsiony samą myśl o moim bracie, dlatego uwierzyłem tej krowie. Cóż za ironia, nieprawdaż? Uwierzyłem tej szmacie, że mój najlepszy kumpel zamordował mojego młodszego brata.
   - Co? – zapytałam głupio podciągając nos. Skierowałam swoje spojrzenie na Kierana, który ze spuszczoną głową siedział na podłodze u stóp kanapy. – Zabiłeś własnego brata, Kier?
   - Nie chciałem tego, mała – wydukał. – Chciałem i..ich ochronić. Chciałem, żeby przestali. Ba..bałem się, Lon.
   - Dlaczego nam nie powiedziałeś? – zapytałam ze łzami cieknącymi po moich policzkach. – Mnie i Polly? Nigdy nam tego nie powiedziałeś!
   - Chciałem zostawić to za sobą – mruknął chowają na chwilę twarz w swoich dłoniach. – Chciałem zapomnieć i zacząć od nowa.
   - Zataiłeś przed nami zabójstwo swojego bliźniaka. – Nie wiedziałam jak się zachować. Ledwo co kontrolowałam mój głos. – Skąd mam mieć pewność, że byłeś z nami szczery?!
   - Zawsze byłem London.
   - Kochasz Polly?
   - Co? – Jego źrenice rozszerzyły się. – Oczywiście, że tak. Skąd takie pytanie?
   -  Bo ja Ci nie wierzę, Kieran – wyznałam po chwili. – Nie ufam Ci. Nie ufam żadnemu z was w tym pokoju. - Westchnęłam głośno. -  Boje się was.
   Momentalnie mięśnie Zayna napięły się. Poczułam jak zacieśnia uścisk i odgarnia moje poplątane włosy zza ucho. Delikatnie musnął moją skórę za uchem. Przygarnęłam do niego mocnej i schowałam twarz w jego obojczyku.
   - Nikt Cię nie skrzywdzi, skarbie – szepnął i z podwojoną siłą pogłaskał moje włosy. Trzymał mnie tak mocno jakby się bał, że ktoś mu mnie wyrwie i nie odda.
   - To jest takie okropne – wychlipałam. – To wszystko tak boli.
   - Wiem, blondyneczko – mruknął cicho Malik. W tle słyszałam ciężkie odgłosy Coneza i szybkie wydechy Wilsona. Na nim zawiodłam się najbardziej.
   - London…
   - Nie rozumiem jednego Kieran – przerwałam kruczowłosemu, który bezskuteczne nawoływał moje imię. – Dlaczego tak bardzo starałeś się oddalić mnie od Zayna, skoro sam zamordowałeś człowieka? W dodatku swojego brata. Dlaczego? Powiedz mi!
   - Bałem się, że on Ci powie – wyjaśnił po chwili. – Bałem się ciebie stracić. Ciebie i Polly.
   - Poróżniając mnie z Zaynem, myślałeś, ze mnie nie stracisz? – jęknęłam. – Stawiałeś mi jakieś pieprzone ultimatum podczas, gdy to byłeś winny a nie on. On poszedł za ciebie siedzieć, żebyś miał życie a ty miałeś czelność go pobić? I chcesz mi wmówić, że bałeś się stracić mnie i Polly?!
   - Nie mogłem sobie pozwolić stracić mi kolejnych ważnych osób, mała. – Jego głos się łamał. – Ty i Polly jesteście dla mnie najważniejsze i nie mogę  was stracić.
   - Przepraszam Kieran, ale mnie już straciłeś – powiedziałam po chwili i ponownie wtuliłam się w pierś Zayna gorzko łkając. W salonie ponownie zapanowała głęboko cisza, której nikt nie odważył się przerwać. A podobno siedziałam wokół najgroźniejszych i wyszczekanych facetów w Cardiff!
   - London… -  Po chwili odezwał się Conez swoim łamiącym głosem. – To wszystko przez Perrie. Gdyby nie ona…
   - Byliście tacy słabi – przerwałam mu wciąż wtulając się w tors Malika. – Zakochać się w jednej dziewczynie i zniszczyć swoją przyjaźń dla niej – prychnęłam płaczliwie. – Jesteście tacy żałośni.
   - London…
   - Wiem jak mam na imię, Sebastian! – krzyknęłam obracając się w jego stronę. Był zszokowany i zdezorientowany. Jego oczy miały wylecieć z orbit. – Nie wiem jak, ale ta poczwara ma zniknąć z mojego życia. Mam to w dupie, że kochacie ją i byliście w stanie się o nią pozabijać. Mam to gdzieś…
   - Ja jej nie kocham, London – wtrącił Zayn składając na mojej szyi delikatny pocałunek. – Nigdy jej nie kochałem. Byłem po prostu zauroczony.
   - Tak samo jak – dodał nieco odważniej Kieran. Jego oczy były mocno zaszklone. – Kocham Polly i to ona jest moją pierwszą miłością, nie Pezz.
   - Przepraszam, London – wyznał po chwili Conez. – Zrobiłem z twojego życie piekło, ponieważ zamanipulowała mną jakaś dziewczyna chcąca zemsty na Maliku. Przepraszam Cię, malutka. Naprawdę Cię przepraszam.
   - Twoje przeprosiny nie wrócą mi dawnego życia – uświadomiłam go. – Nie wrócą mi rodziców. - Bolało.
   - Gdybym tylko mógł cofnąć czas…
   - Przykro mi, ale nie możesz. – Otarłam łzę spływającą po moim policzku. – Nic nie możesz zrobić, aby zwrócić mi moje dawne życie.
   - Przepraszam.
   - To nic nie da, Sebastain.
   - Zabiję ją – oznajmił twardo choć jego głos się łamał. Biedak ją szczerze kochał. – Zabiję ja dla ciebie.
   - Nie. – Pokręciłam głową. – Jeśli chcesz ją zabić, zabij ją dla siebie i reszty.
   Wyswobodziłam się z objęć Malika i spuszczając głowę wstałam z kanapy. Wzięłam głęboki oddech i skierowałam się w stronę sypialni Zayna, gdzie miałam zamiar opaść i porzucić się w sieć rozpaczy. Chciałam zniknąć z tego świata.
   - London. – Niechętnie odwróciłam się na dźwięk głosu mojego przyjaci… Kierana. Spojrzałam w jego zaszklone, pełne bólu oczy. – Wiem, że to nienajlepsza pora, ale wszystkiego najlepszego z okazji osiemnastki.
   Kiwnęłam głową i obróciłam się na pięcie zagryzając mocno wargę. Chciałam zniknąć.

________ 


   Zaczęłam się zastanawiać co by powiedzieli moi rodzice widząc mnie w takim stanie. Mama z pewnością podeszłaby do mnie i mocno przytuliła mówiąc mi co chwila jak to mocno mnie kocha natomiast tata głaskałby mnie po głowie, mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Z pewnością by tak było. Siedzieliby u mnie w pokoju dopóki na mojej twarzy nie zagościłby uśmiech lub jego podobieństwo. Boże. Ile bym dała, żeby tak było.
   Jednak, musiałam się zmierzyć z szarą rzeczywistością. Leżałam w łóżku Zayna, w jego mieszkaniu. Nie mogłam wrócić do swojego domu, ponieważ było one pieprzonym miejscem morderstwa moich rodziców, moich Aniołów Stróżów! Moi rodzice zostali zamordowani dzień przed moimi urodzinami! Czy to się działo naprawdę?
   - London? – Łagodny szept Zayna wdarł się do ciemnego pomieszczenia, gdzie leżałam. Ciepły, czarny koc nie potrafił zagrzać mnie mimo tego, że byłam okryta nim cała. Zamarzałam od środka.
   Poczułam jak materac ugina się pod ciężarem ciała Malika, który objął mnie czule w pasie. Efektownie i zgrabnie przewrócił mnie jedną rękę w sposób, iż patrzyłam w jego zmartwioną twarz. Koniuszkiem swoich długich palców starł moje łzy i złożył delikatny pocałunek na moim zaczerwienionym policzku.
   - Przepraszam, blondyneczko – szepnął muskając końcówką swojego nosa o mój. – Tak bardzo Cię przepraszam.
    - Za co? – wychlipałam.
   - Gdyby nie ja… Byłabyś szczęśliwa i wszystko byłoby dobrze. Nie cierpiałabyś.
   - Chciałabym powiedzieć, że jestem szczęśliwa, ale nie mogę Zayn – wyznałam nie kontrolując mojego łamiącego się głosu. – Przeżywam najgorszy okres w moim życiu. Straciłam moich rodziców i wciąż nie potrafię w to uwierzyć, że już ich nigdy więcej nie zobaczę. – Westchnęłam ciężko. – Chciałabym Ci powiedzieć, że poznanie ciebie odmieniło moje życie na lepsze, ale… Przepraszam, ale nie potrafię.
   Między nami zapanowało okropna cisza podczas której słychać było tylko ciężkie oddechy. Przymknęłam powieki, aby nie widzieć wyrazu twarzy Zayna. Powiedziałam za dużo? Przesadziłam ze słowami? Oczywiście, ze tak! Zadałam mu ból, ale.. Naprawdę nie potrafiłabym skłamać w tej sprawie. Byłam w nim szaleńczo zakochana jednak to on był odpowiedzialny za spierdolenie mojego życia. Gdybym go nie poznała, moi rodzice pewnie by żyli. Gdybym nie szwendała się za nim jak jakaś idiotka z pewnością, moja matka odesłałaby go do Braford, gdzie czekałby na dalsze procesy. Ale rzeczywistość była inna. Gorzka a zarazem słodka.
   - Wszystkiego Najlepszego. – Moje serce zakołatało słysząc miękkie słowa wydobywające się z jego ust. Wzięłam głęboki oddech.
    - Dziękuję. – Odważyłam się otworzyć oczy i spojrzałam na Zayna, który faktycznie uśmiechał się. – Nie tak wyobrażałam sobie moje osiemnaste urodziny, ale…
   - Moja mama zawsze mi mówiła, że urodziny są najlepsze kiedy spędza się je z osobami, które się kocha – przerwał mi nachylając się do pocałunku. Oczekując czegoś więcej niż zwykłego muśnięcie ponownie zamknęłam oczy. Po raz kolejny się pomyliłam na co warknęłam cichutko, Zayn zachichotał pod nosem.
    - Czyli moje urodziny są uratowane – wyznałam kładąc dłoń na policzku chłopaka. Jego źrenice rozszerzyły się momentalnie.
    - London…
   - Chyba Cię kocham. – Mój głos niesamowicie brzmiał spokojnie i naturalnie. – Nigdy nie czułam czegoś takiego do chłopaka, wi…
    - London, proszę.
    - Nie mogę już ukrywać moich uczuć do ciebie. Mam dość.
    - London, ale ja nie…
    - Straciłam zbyt wiele, Zayn – przerwałam mu. – Jesteś teraz jedyną osobą na ziemi, która utrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach.
    - Nawet jeśli tak jest, to nigdy nie będziesz mnie miała, blondyneczko.
    - Już Cię mam. I chcę Cię, Zayn.
    Chłopak przybliżył szybko swoją twarz do mojej i niewinnie musnął moje usta po czym z wyczuwalnym pożądaniem pocałował mnie. Spanikowana a jednocześnie podekscytowana obrotem sprawy ujęłam jego twarz w swoje dłonie dokładając wszelkich starań, aby nie przestawał mnie całować. Chwilę potem poczułam jak przygniata moje ciało swoim, zrzucając ze mnie koc. Wsunął swoją ciepłą dłoń pod moją naciągniętą bluzkę i dotarł do przedniej części stanika bawiąc się jego koronkowym materiałem podczas, gdy drugą zaczął się bawić materiałem moich majtek. W pewnym momencie poczułam jak po policzkach spływają mi łzy.
    - Spraw bym zapomniała – wyszeptałam do jego ucha kiedy zwinnie odpiął stanik. Uniosłam lekko plecy do góry, aby kruczowłosy zdjął ze mnie stanik. Po chwili bielizna leżała już na ziemi.
    - Sprawię, że zapomnisz o wszystkim – mruknął zdzierając łapczywie moje majtki. Natychmiast poczułam chłodny powiew u zakończeniu ud. Jęknęłam cichutko kiedy palec chłopaka delikatnie zahaczył o moje kobiece wejście. – Sprawię, że zapomnisz nawet o mnie.


_________

Hej wszystkim! Co tam u was słychać? Mam nadzieję, że dobrze. Myślałam, że nie wyrobię się dzisiaj z dodaniem tej notki, ale znalazłam te dwadzieścia minut i... ta dam! Co myślicie? Mnie się osobiście podoba i nie. Piszcie w komentarzach, błagam! Uwielbiam czytać wasze opinie!
 - SAD INFORMATION - 
Planuję już tylko rozdział siedemnasty i epilog.
Możecie mnie udusić, wiem.
Ale wynagrodzę to wam CW, który ostro działa i epilog JT.
Przy okazji możecie tam zajrzeć i może skomentować, hmm?
Jak KOCHAM komentarze! Nawet te `jasbhbwdkcvbi` <3 Piszę tak w rozprawce xd
Gdybyście mieli jakieś pytania, odpowiadam na wszystkie w komentarzach.
Dziękuję, że jesteście!
Jaka ja dzisiaj emocjonalna, nie? Normalnie, mam filingss ;d
See ya, Lawers - wymyśliłam wam nazwę, może być?  Od `Law of heart`. Chyba, że macie coś innego?
Do następnego!
P.S
Dacie radę dobić może do 30 komentarzy? Połowy obserwujących? Należy mi się chyba za fakt, iż Zayn zgodził się bzyknąć Lon xD Welcome in XXI century!

piątek, 7 marca 2014

Chapter - Fiveteen


   
   Ciemne oczy Coneza były skupione na mojej osobie natomiast szare tęczówki Perrie nie potrafiące ukryć swojego rozbawienia, wędrowały w prawo i w lewo oglądając każdy szczegół w salonie. Na jej twarzy widniał cyniczny uśmieszek złożony z jej kształtnych ust muśniętych czerwoną szminką.
   - Co u ciebie, London? – zagadnął oschle Conez. Czułam jak moje ciało odmawia mi posłuszeństwa a skóra zjeża się na dźwięk jego ochrypłego głosu. – Doszły mnie słuchy, że Malik wrócił do miasta.
   - Nic..nic nie wiem – wyjąkałam.
   - Niech Pan natychmiast opuści moją posesję! – tato! – Jeżeli Pan się nie wyniesie, będę zmuszony zadzwonić na policję!
   - Twój tatuś, mała? – Conez mrugnął do mnie po czym uniósł swój pistolet i wycelował nim prosto w głowę ojca. Zachłysnęłam się powietrzem kiedy jego brudne palce zatrzymały się na spuście. – Wystarczy, że pociągnę a twój tatulek będzie zimny.
   - Zostaw go – pisnęłam. Mój głos zadrżał na co Perrie wybuchła gardłowym śmiechem.
   - Zostawię, kochanie – odpowiedział mężczyzna szeroko się uśmiechając. – Jak odpowiesz mi grzecznie na kilka pytań.
   - Londo…
   - Stul pysk, dziwko! – zanim moja mama zdążyła wyjąkać nieskładnie moje imię, blondynka podeszła do niej i przyłożyła pistolet do skroni. Zauważyłam jak mamą wstrząsnęło. To musiał być jakiś chory sen z którego miałam natychmiastową ochotę się obudzić. Pieprzony koszmar z którego się obudzę. Koszmar.
   - Kilka pytań, kochanie i wychodzimy kulturalnie z Pezz – wyjaśnił Conez neutralnym głosem. Wciąż celował w czoło mojego ojca, który nerwowo patrzył to na mnie, to na moją mamę. – Będziesz dobrą dziewczynką i odpowiesz na moje pytania to zostawię twoich rodziców.
   - Błagam Cię – jęknęłam bliska płaczu. Nie płacz blondyneczko, powtórzyłam w myślach słowa Zayna, które chciałabym teraz usłyszeć. Marzyłam, aby był tutaj teraz ze mną i trzymał mnie mocno za rękę.
   - Widziałaś się wczoraj z Malikiem? – zagadnął Conez. – Odpowiadaj, kochanie zanim się wkurwię i zastrzelę twoich rodziców.
   - Tak – wydukałam.
   - Nie powinienem tak Cię przesłuchiwać, ponieważ masz za sobą pewnie upoją noc, ale wiesz mała – ciche warknięcie Perrie uciszyło dalszy wywód Coneza. – Chętnie porozmawiałbym co robiłaś z Zaynem zeszłej nocy, ale boję się, że Pezz nie wytrzymałaby napięcie i wiesz… strzeliłaby - zaśmiał się jak gdyby nigdy nic. 
    - Do niej na pewno – warknęła blondynka na co mężczyzna się zaśmiał. Przecież była na niego wściekła! Groziła mu śmiercią! Zostawił ją z Policją na ogonie a teraz co? Ona pomagała wykończyć mnie psychicznie? Na tym to wszystko polegało?
   - Co tam u Malika, London?
   Spuściłam wzrok nie wiedząc co powiedzieć Cała drżałam i jedyne o czym marzyłam to wtulić się w tors mojego Zayna. Tak bardzo chciałam przylegnąć do jego ciepłej klatki piersiowej i czuć bicie jego serca.
   - Rozstrzelić Ci matkę? – warknęła Perrie. Spojrzałam na nią błagalnie. – To odpowiadaj na pytania!
   - Uspokój się, Edwards – zganił ją Conez ochrypłym głosem po czym odwrócił się z powrotem do mnie i posłał przerażający uśmiech, mający mnie zapewne udobruchać. – Malik mówił coś mnie?
   Pokręciłam głową.
   - Nie wspominał starego kumpla? – prychnął. – Nie ładnie z jego strony.
   - Conez – głos blondynki był przesiąknięty jadem i goryczom.
   - Śpieszy Ci się gdzieś, kochanie? – zacmokał obleśnie nie odwracając wzroku ode mnie. – Musimy się streszczać, London. Gdzie jest Zayn?
   - Nie wiem – mój głos mnie zdradził. Był tak piskliwy i jękliwy, że wprawił mężczyznę w głośny rechot.
   - Oj, kochanie zła odpowiedź – powiedział rozbawionym głosem. – A myślałem, że nauczyłem Cię odpowiadać poprawnie za pierwszym razem.
    Spojrzałam na niego wystraszona powtarzając w głowie jego słowa. Moje tęczówki rozszerzyły się kiedy Conez skinął głową do Perrie. Ta pociągnęła za spust w tym samym momencie kiedy przekierowała rewolwer na mojego ojca. W ułamku sekundy rozległ się głośny huk wystrzału i donośne opadnięcie taty na ziemię. Krzyknęłam głośno kiedy z jego czoła zaczęła się rozlewać stróżka krwi.
   - Conrad! – po policzkach matki zaczęły spływać łzy. Chciała podejść do taty jednak Perrie przytrzymała ją za ramiona i uderzyła czarnym pistoletem w czoło przez co mama jęknęła.
   - Trzeba było nauczyć córeczkę mówić prawdę – syknęła na co Conez pokręcił z niedowierzaniem głową. Na jego twarzy widniał ten okropny cyniczny uśmieszek.
   - I pomyśleć, że ta laska chodziła kiedyś w kwiecistych spódniczkach za kolano – zaśmiał się mężczyzna wskazując na Perrie. Puściłam jego komentarz mimo uszu, ponieważ wpatrywałam się tępo w zimną, leżącą na ziemi sylwetkę mojego ojca. Wierzyłam, że na sekundach się podniesie. – Stworzyłem potwora.
   - Ty..yy – nie potrafiłam skleić słowa. Moje oczy momentalnie zaniosły się łzami podczas, gdy moja mama jęczała i krzyczała imię taty. – Zabili..iście g..go.
   - Skrupulatnie, ona go zabiła.
   - Ach ja zła kobieta – syknęła z przekąsem Perrie zagryzając dolną wargę. Gdybym nie wiedziała co czuć i jak się zachować, rzuciłabym się na nią i z całych sił okładałbym pięściami. Aż do utraty jej tchu.
    - London, kochanie – poczułam szorstką dłoń Coneza gładzącą mój policzek. Byłam tak słaba psychicznie, że nie potrafiłam jej zrzucić. – Nie płacz, cukiereczku.
   Sebastian swoją silną ręką przyciągnął mnie do swojego napiętego torsu i owinął mocno. Pozwoliłam moim łzom intensywnie spłynąć jednocześnie wyrywając się z uścisku mężczyzny. Słyszałam intensywne szlochanie mojej mamy, chichoty Perrie, obleśne zdrobnienia mojej osoby naraz.
   - Uspokój się, skarbie – mruknął Conez do mojego ucha.
   Próbowałam się wyrwać z jego mocnego uścisku, jednak Sebastian był silniejszy ode mnie. Trzymał mnie kurczowo jedną ręką podczas, gdy drugą gładził mój policzek swoją szorstką i dużą dłonią. Traciłam powoli nad sobą zmysły.
   Zaczerpnęłam głęboko powietrze kiedy to Conez poluzował uścisk i zaskakująco szybko odepchnął mnie. Potrzebowałam kilku sekund, aby zrozumieć, że ktoś odepchnął go od mojej osoby. Nie fatygując się nawet zobaczyć kto to był, odwróciłam się do mojej mamy, która wciąż była przytrzymywana przez nieziemsko piękną blondynkę. Spojrzałam na mojego nieruszającego się ojca. Leżał w ogromnej kałuży krwi i nic nie wskazywało na to, że… miałby się poruszyć.
   Uniosłam swój zapłakany wzrok na Perrie. Jej szare tęczówki wpatrywały się z niedowierzaniem w Coneza, który sapał głośno. Wytrącona z równowagi i kompletnie nieświadoma rzeczy, które działy się na przełomie tych dziesięciu sekund, odwróciłam się do tyłu i ujrzałam przypartego Sebastiana do obitej ściany w salonie. Kruczowłosy chłopak trzymał go mocno za skrawki koszulki i co chwila obijał twarz, aż z nosa mężczyzny zaczęła się sączyć krew. Poczułam jak mój żołądek przewrócił się o sto osiemdziesiąt stopni a nogi ugięły się pode mną odmawiając jakiegokolwiek posłuszeństwa. Krew zawrzała w moich żyłach a serce niesamowicie przyśpieszyło.
   Zayn.
   - Jeszcze raz ją tkniesz! – warknął zaciekle kruczowłosy uderzając po raz kolejny tracącego kontakt z rzeczywistością, Coneza.
   - Malik! – syknęła Perrie przez zaciśnięte zęby, zwracając na siebie uwagę. W jej oczach dostrzegłam wściekłość i żar. Ścisnęła mocniej ramię mojej rodzicielki przez co krzyknęła głośniej przestając na chwilę szlochać.
   - Puść ją, Pezz – wymamrotał Zayn przewracając Coneza na ziemię. Zanim zdążyłam przykryć usta dłonią, kruczowłosy uderzył mężczyznę w brzuch tak mocno, że ten skulił się z bólu. – Perrie!
   - Nie będziesz mi rozkazywać! – splunęła blondynka przystawiając bliżej rewolwer w kierunku skroni mojej matki. Pisnęłam niekontrolowanie na co na twarzy Perrie pojawił się cyniczny uśmiech. – Twoja dziewczyna chyba jest posrana ze strachu, nie?
    - Puść. Ją.
   - NIE! ZROBIĘ CO BĘDĘ CHCIAŁA!
   - Perrie – ton Zayna był chłodny i groźny. Mierzył ją swoim zabójczym spojrzeniem, które nie tylko mnie wprawiło w zakłopotanie. Zayn upewniając się kątem oka, iż Conez zwijał się z bólu na podłodze zrobił mały krok w kierunku blondynki. - Nie jesteś taka.
   - Zabiję ją – zagroziła. – Zabiję ją, Zayn.
   - Nie zrobisz tego, Perrie.
   - Nie wierzysz mi? – zapytała przeciągle blondynka. – Zabiję ją i tak czy siak. A wiesz czemu?
   Zayn nawet nie mrugnął podczas, gdy ja wciąż stałam w miejscu i nie potrafiłam się ruszyć aby cokolwiek zrobić. Co chwilę wydawałam z siebie dźwięki dziwnych i frustrujących szlochów nie wiedząc gdzie zawiesić spojrzenie moich napuchniętych od płaczu oczów.
   - Ona jest matką dziewczyny, która zawróciła Ci w głowie – wzdrygnęłam się na jej chłodne słowa. – Powiedz mi co ona ma Zayn czego ja nie miałam?!
   - Perrie…
   - Zamknij się kurwa! – wrzasnęła blondynka. Wzięła głęboki oddech po czym przymrużyła oczy. W tle usłyszałam ciche pojękiwania Coneza świadczące o bólu jaki stworzył mu Malik. – Albo wiesz co, Zayn? Lepiej leć przytul swoją dziewczynę i spróbuj wytłumaczyć jej jak to jest żyć bez dwójki rodziców.
   Zanim kruczowłosy otworzył usta, aby wypowiedzieć nieskładnie jej imię, pociągnęła za spust i… zastrzeliła moją mamę. Opadła na podłogę z hukiem na co padłam na kolana i zaczęłam płakać krzycząc w kółko jej imię.
    Reszta się nie liczyła. Perrie naciągnęła kaptur na swoją głowę i wybiegła jak gdyby nigdy nic. Conez zwijał się z bólu parę centymetrów ode mnie a ja siedziałam na kolanach na zimnych panelach zabrudzonych od krwi moich… martwych rodziców.
   Zayn tulił mnie do siebie, szeptał coś do ucha jednak ja patrzyłam na nieruchome ciało mojej mamy. Postura ojca wydawała się być wyziębła i taka… przerażająca. Pusta. Pusta jak ja w środku. Poczułam, że nie mam nic. Jestem nic nie warta. Nie powinnam istnieć. Mój byt nie..
   Nie wytrzymałam. Płacząc intensywnie pozwoliłam moim powiekom opaść mając nadzieje, że kiedy się obudzę to wszystko okaże się pieprzonym koszmarem.

________

   Przyłożyłam swoje dłonie do moich wciąż zamkniętych powiek i powoli zaczęłam je pocierać. Ziewnęłam głośno przewracając się na drugą stronę i powoli otworzyłam oczy. Zamrugałam kilkakrotnie kiedy napotkałam czekoladową głębie oczu kruczowłosego chłopaka leżącego niemiłosiernie blisko mnie.
   - Zayn.
   Na twarzy chłopaka przejawił się nikły cień uśmiechu po czym jego duża dłoń spoczęłam na moim policzku. Nie odrywając od niego wzroku pogładziłam jego dłoń spoczywającą na mojej twarzy. Świadomość, że Zayn leżał tuż obok mnie sprawiała, że zalewała mnie fala ciepła jakie mi dostarczał.
   - Hej – przeciągnął przywitanie. – Jak się czujesz?
   - Tak ciężko – wyznałam, wzdychając ciężko. – Miałam zły sen.
   - Chcesz mi o nim opowiedzieć? – zapytał cicho a jego oczach dostrzegłam wahanie. Kruczowłosy przybliżył powoli swoją twarz w kierunku mojej i delikatnie musnął moje suche od snu, usta. Sądziłam, że za chwilę otworzy moje wargi swoim językiem jednak zamiast tego, odsunął się i westchnął cicho. Zaczynałam być lekko skonsternowana jego dziwnym zachowaniem. Był delikatny, zbyt delikatny.
   - Nie był ciekawy – wyznałam przewracając się na plecy. Malik chwycił moją dłoń i splótł ją ze swoimi palcami. Był to bardzo opiekuńczy gest na który Zayn nigdy przedtem nie byłby w stanie wykonać. – Wszystko w porządku?
   - Przepraszam Cię za wszystko, London. – Jego wyznanie kompletnie zbiło mnie z tropu a źrenice machinalnie rozszerzyły się. – Nie chciałem, żeby to wszystko tak się potoczyło.
   - O czym ty mówisz?
   - Znienawidzisz mnie.
   - Skąd taki pomysł? – o mało co nie zachłysnęłam się powietrzem. – Dlaczego miałabym to zrobić?
   - Opowiedz mi twój sen. – Spuścił wzrok na nasze splecione dłonie i głośno westchnął. - Proszę, London.
    - Moi rodzice umarli – wyznałam po chwili. – Perrie ich zastrzeliła po tym jak przyszła z Conezem do mojego domu.
   Zayn nie powiedział nic tylko zmrużył oczy. Puścił moją dłoń po czym wyprostował się na łóżku do pozycji siedzącej. Uniosłam się na łakociach i spojrzałam zdziwiona na niego. Kątek oka zauważyłam ciemne odcienie panujące w pokoju i zdałam sobie sprawę, że nie byłam w swojej sypialni.
   - Co ja tutaj robię? – zapytałam.
   - Zostaniesz tutaj na jakiś czas – wyjaśnił Malik drżącym głosem. Co?
   - Dlaczego?
   - Ponieważ twój dom jest oblegany przez Policję.
    - Co? – zdumiałam się. Wygrzebałam się spod ciepłej kołdry i nie zważając na falę zimna jaka uderzyła w moje półnagie ciało, podeszłam do Zayna i usiadłam bok niego. – Dlaczego?
   - Ponieważ jest miejscem morderstwa.
   - Jakiego morderstwa? – sen o strzelającej Perrie powrócił.
   - Twoich rodziców.
   Nawet nie wiem kiedy odsunęłam się od niego. Z szeroko otwartymi oczami wstałam z łóżka i naciągnęłam moją białą bluzkę w dół. W mojej głowie panował istny chaos. Chciałam się rozpłakać i zacząć śmiać jednocześnie. Miałam ochotę rzucić się na podłogę i zwijać ze śmiechu, aby zaraz po tym podeprzeć się ściany i płakać jak dziecko. To nie był sen. To był smutna rzeczywistość, która miała miejsce. Moi rodzice zostali… zastrzeleni. Oni nie żyli. Nie oddychali. Nie istnieli. Nie mieli już nigdy więcej stanąć na nogach. Nie mieli już nigdy więcej przejść przez nasze duże drzwi i wsiąść do samochodu, ab wyjechać do pracy. Nie mieli już nigdy więcej otworzyć ust, aby powiedzieć mi co robię nie tak. O mój Boże.
   Oni naprawdę nie żyli.
   - London, ja wiem, że to jest dla ciebie ciężkie, ale musisz…
   Zayn szybko wstał z zamiarem objęcia mnie. Roztrzęsiona, uniknęłam jego uścisku i czując jak łzy napłynęły do moich oczu wyparowałam jak burza z sypialni chłopaka. Przemknęłam przez korytarz i skręciłam w prawo, do salonu, gdzie miałam zamiar otworzyć szafkę Zayna z alkoholem i opróżnić pierwszą lepszą butelkę.
   Zamiast tego stanęłam jak wryta kiedy ujrzałam mocno pobitego Coneza, siedzącego ze skrzyżowanymi ramionami na jego klatce piersiowej. Obok niego siedział Kierana ze swoją czarną, poburzoną czupryną. Obydwoje mieli grobowe miny.
   - TY! – wrzasnęłam zwracając na siebie uwagę. Conez kiedy tylko mnie zauważył wstał i podniósł swoje ręce do góry w geście poddania się. Nawet nie wiem kiedy rzuciłam się na niego i zaczęłam okładać pięściami. Kieran próbował mnie odepchnąć, ale spoliczkowałam go przez co wprawiłam chłopaka a stan zakłopotania.
   - London, uspokój się! – dopiero kiedy poczułam chłodne dłonie Zayna na moich biodrach przestałam okładać Conez pięściami. Malik chwycił mnie mocno i przyciągnął do swojego ciepłego torsu. Oplotłam go mocno w pasie i schowałam twarz w koszulce chłopaka.
   - Co on tutaj robi? – jęknęłam płaczliwie.
   - Chcę porozmawiać – wyjaśnił Conez.
   - On zabił moich rodziców, Zayn  – powiedziałam szlochając, kompletnie ignorując jego osobę.
   - To nie on zabił twoich rodziców, mała – wtrącił Kieran. – To była Perrie.
   - Muszę Ci wszystko wyjaśnić, London. – głos Coneza zadrżał kiedy wypowiedział moje imię. – Perrie okłamała nas wszystkich.

_______________

   Moja wena stoi w miejscu i nie mam pojęcia co z tym zrobić. Odnośnie tego rozdziału, powiem jedynie, że nie jestem z niego zadowolona. Nie wyszedł mi tak jak chciałam. Ostatnio nic mi nie wychodzi.
Nie mam ochoty się rozpisywać dlatego zapraszam tylko na JT oraz CW.
Byłoby miło zobaczyć porządną liczbę komentarzy :)