piątek, 24 stycznia 2014

Chapter - Eleven


   
   - Czego chcesz? – zapytałam starając nie pokazać blondynce jak bardzo się boję. Perrie nie odpowiedziała na moje pytanie tylko bez żadnego skrępowania ruszyła przed siebie, aż weszła do salonu. Ściągnęła z siebie skórzaną kurtkę i rzuciła nią na kanapę po czym zajęła na niej miejsce. Ciemny podkoszulek eksponujący jej idealne ciało zlewał się z jej bladą karnacją. W rękach trzymała pistolet.
   - Usiądź sobie, mała. – mruknęła bez żadnych emocji wskazując pistoletem na fotel. Kiedy zauważyła, że nic sobie z jej rozkazu nie zrobiłam wycelowała we mnie bronią i ponowiła prośbę. – Zabiłam już kilka ludzi, więc bez skrupułów zrobię to z tobą. Siadasz?
   Czując jak moje serce ma wylecieć z piersi zajęłam miejsce wskazane przez dziewczynę. Przez następne kilka minut panowała chłodna cisza. Perrie wpatrywała się w umiłowaniem w swój pistolet po czym przeniosła wzrok na mnie.
   - Jesteś taka zwyczajna – powiedziała w końcu. – Naprawdę nie wiem co Malik w tobie widzi.
   - Nie wiem o co Ci chodzi – mruknęłam cicho spuszczając głowę.
   - Gdyby mu na tobie nie zależało nie chroniłby Cię przed Conezem? Nie szukałby Cię, gdy porwaliśmy ciebie? Naprawdę tak myślisz?
   Nie odpowiedziałam nic. Przecież to co mówiła Perrie było nieprawdą, istnym kłamstwem. Jedyne miejsce bytu takich sytuacji mogło zaistnieć w mojej wyobraźni. Ale nie w realnym życiu, gdzie ja i Zayn to dwa kompletnie inne światy.
   - Po co tutaj przyszłaś? – odważyłam się zapytać.
   - Conez uciekł a Malik z Wilsonem ruszyli za nim – wyjaśniła spokojnie.
   - CO? – uniosłam głos. – MALIK Z WILSONEM?
   - Zamknij się, London – skarciła mnie po czym westchnęła głośno. – Conez wystraszył się Malika i postanowił uciec zostawiając mnie samą. A mnie nie zostawia się samej na lodzie – dodała chłodno.
   - O co tutaj chodzi?
   - To było dwa lata temu, London – odłożyła pistolet na stolik i złączyła swoje małe dłonie razem. – Byliśmy wszyscy zgraną piatką i spędzaliśmy czas wolny razem mimo, że łączyła nas taka duża różnica wieku. Wiesz, Conez, Malik, Wilson, Dylan i ja.
   - Kto to Dylan? – zapytałam analizując w głowie słowa „byliśmy zgraną piatką”.
   - Dylan był  bratem Kierana – wytłumaczyła. – Bliźniaki Wilson było znane w Bradford skąd wszyscy pochodziliśmy.
   - Jesteście z Bradford? Kieran również?
   - Tak – przytaknęła. – To była długa noc. Urządziliśmy sobie małą imprezę w szopie rodziców Malika i chcieliśmy się nawalić porządnie z racji tego, że Zayn był na przepustce. W pewnym momencie wyznałam, że kocham Zayna i wtedy zaczęło się piekło, ponieważ każdy z moich przyjaciół był we mnie zakochany.
   - Co? – zapytałam głupio. – Oni się w tobie kochali?
   - Nie dziwię im się – wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się smutno. – W każdym bądź razie, wściekli się i zaczęli kłócić. Malik jak to Malik puszył się najbardziej, ponieważ to w nim się zakochałam i odwzajemniłam jego miłość, ale gdybym wiedziała, że tamta noc tak się skończy nigdy nie wyznałabym swojego uczucia.
   Spojrzałam na blondynkę. Na jej twarzy malował się wyraz poczucia winy. Czuła się źle i było to po niej widać. Nie wiedziałam dlaczego opowiadała mi tę historię, ale nie miałam zamiaru jej przerywać. Mimo, iż przekonałam się, że dziewczyna ma uczucia cholernie się jej bałam. W końcu to ona miała tutaj pistolet, nie ja.
   - Conez zaczął popychać Zayna a ten nie został mu dłużny. Później wtrącił się Dylan, który musiał się pokazać i zaczęli się szarpać. – nadal nie potrafiłam zrozumieć, że Kieran miał brata bliźniaka i nic nie powiedział. – Kieran patrzył tylko na to i nie potrafił ich przekrzyczeć. Ale co się dziwić, miał dopiero piętnaście lat – blondynka przymrużyła oczy by dalej opowiadać. - Malik uderzył Coneza w twarz przez co ten się wkurzył i zaczęli się brutalnie bić. Chciałam ich jakoś rozdzielić, ale kiedy do nich podeszłam Conez uderzył mnie tak mocno, że upadłam na podłogę i nie miałam odwagi już wstać.
   Perrie zrobiła kolejną przerwę na oddech. Nie mieściło mi się w głowie to co mówiła. Znała Zayna i oni się … kochali. Kieran również się w jej podkochiwał tak samo jak jego nieznany mi brat i Conez. Pobili się o nią.
   - I wtedy z spodni Coneza wypadła broń – wypuściła powietrze i wróciła do opowieści. – Wiedzieliśmy, ze Sebastian miał jakieś porachunki i posiadał broń, ale nigdy jej nie widzieliśmy w jego rękach, więc zaskoczyło mnie to. Ich trójka nadal się biła kiedy Kieran niezauważalnie chwycił broń i … wycelował nią w Coneza – jej głos zadrżał. – Nacisnął spust i spojrzałam na Sebastiana, który zamiast opaść na podłogę i zacząć się wykrwawiać patrzył na Dylana, który zaczął krztusić się krwią.
   Zrobiłam wielkie oczy. Co ona powiedziała? Mój najlepszy przyjaciel był zabójcą? Zamordował swojego brata? Czy ona wiedziała jakie ciężkie oskarżenie mu zarzuciła?
   - Conez wybiegł od razu ze szopy i zostawił nas samych. Zayn natychmiast podszedł do Dylana i sprawdził mu puls jednak on już nie żył – dziewczyna opowiadała to z bólem, ale mimo tego nie potrafiłam jej współczuć. – Kieran postrzelił go w klatkę piersiową i i odszedł od razu. Wilson rzucił broń i zaczął płakać. Zaczęłam na niego wrzeszczeć co zrobił po czym zaczęłam płakać razem z nim a Zayn krzyczał na nas, że mamy się uspokoić. Ja i Malik mieliśmy dopiero siedemnaście lat a Kieran piętnaście i nie chcieliśmy dopuścić, aby młody spieprzył sobie życie, więc kiedy przyjechała policja Zayn powiedział, że to on zabił Dylana nieumyślnie pociągając za spust.
   - Czyli za to Zayn siedział w poprawczaku i ma teraz sprawę w sądzie? – zapytałam wciąż nie dowierzając w to co się stało. Kieran zamordował swojego brata a Zayn wziął to na siebie. Ale gdyby to była prawda to Wilson powinien być wdzięczny Malikowi a nie rzucać się na niego z pięściami. Czyżby ta Perrie kłamała? Tylko po co?
   - Kiedy nas przesłuchano wypuścili mnie domu razem z Kieranem. On od razu z jego rodzicami wyjechali tutaj do Cardiff a ja postanowiłam odszukać Coneza i … zaczęłam go szantażować, że jeśli nie pomoże mi uciekać przed Policją wydam go jakoś za posiadanie broni i inne przewinienia za które dostałby najmniej dziesięć lat. Nie mówiąc już o pobiciach, gwałtach i zabójstwach.
   - Ale po co Ci to? – odważyłam się zapytać. – Dlaczego całowałaś się z nim kiedy mnie porwaliście?
   - Conez był na mnie wciąż wściekły, że zakochałam się w Maliku i nie ufał mi, więc zaczęłam mu wmawiać, że nie kocham Zayna tylko jego.
   - To prawda?
   - Nie – pokręciła smutno głową. – Nie byłoby dnia w którym bym nie myślałam o tym skurwielu, Maliku. Przykro mi London, ale ja go wciąż kocham.
   - Po co mi to wszystko mówisz? – zapytałam. Czyli jednak – blondynka go kochała i pewnie z wzajemnością. To dlatego wściekł się wtedy a samochodzie kiedy powiedziałam jej przezwisko. Pewnie ją kochał. – Po co tutaj przyszłaś?
   - Conez zostawił mnie samą na lodzie z wszystkim dobrze wiedząc, że nie popuszczę mu tego – warknęła niemal podnosząc na mnie wzrok. Spojrzenie jej chłodnych szarych oczu przeraziło mnie. Gdzie podziała się potulna i sentymentalna Perrie przeżywająca śmierć przyjaciela? – Dokładał wszelkich starań, aby kilka faktów z jego życia nie ujrzało światła dziennego, ale zostawiając mnie tutaj samą naraził się na to.
   - O czym ty mówisz?
   - Zapewne martwisz się o Zayna i Kierana – jakby czytała mi w myślach. – Tak długo jak Malik jest z Wilsonem, Conez nic mu nie zrobi.
   - Niby dlaczego? A w ogóle skąd Kieran zna Coneza?
   - Sebastian nie skrzywdziłby swojego brata.
   - Co? –  co ona powiedziała?
   - Tak London – Kieran jest młodszym bratem Coneza.

________


      Polly patrzyła na mnie oszołomiona. Na jej smukłej twarzy malowało się zdezorientowanie i niedowierzaniem. Jej duże zielone oczy z sekundy na sekundę wilgotniały jeszcze bardziej.
   - Nie mogę uwierzyć, że mój chłopak zamordował swojego bliźniaka – wyszeptała w końcu. – Skąd w ogóle pomysł, aby uspokoić kłócących się facetów strzałem broni.
   - Polly, nie wiem czy możemy ufać Perrie – wyznałam przyjaciółce. – A co jeśli to jakiś podstęp? Najpierw brała udział w moim porwaniu razem z Conezem a teraz przyszłą mi wszystko wytłumaczyć?
   - Sama mówiłaś, że on ją wystawił i chce się zemścić – wspomniała rudowłosa. – Prawdopodobieństwo, że Conez chciał zachować istnienie swojego brata w oczach innych jest bardzo duże.
   - Nie chcę mi się w to wierzyć, Polly.
   - A mnie? To mój chłopak jest zabójcą i ciągle mnie okłamywał!
   - Malik też mnie okłamywał! – uniosłam się. – Nie mówił mi prawdy, zataił przede mną takie ważne rzeczy a teraz sobie od tak uciekł!
   - Oni nas zostawili, London – wyszeptała dziewczyna przytulając się do mnie.  – Skoro nam nic nie powiedzieli kompletnie się z nami nie liczyli.
   - Tak mi przykro Polly – wyznałam po chwili. – Gdybym wtedy nie pojechała za Zaynem wszystko byłoby po staremu.
   - Gdybyś nigdy nie pojechała za tym chłopakiem nie dowiedziałabym się, że Kieran okłamywał mnie przez dwa lata i zabił swojego bliźniaka – powiedziała starając się utrzymać powagę głosu. – A ty prawdopodobnie nigdy nie zakochałabyś się w Maliku.
   - Co? – odsunęłam się od przyjaciółki i spojrzałam w jej zielone oczy. Na chwilę się uśmiechnęła. Dosłownie na chwilę.
   - To widać. Jak się na niego patrzyłaś, jak się o niego martwiłaś. Nieświadomie się w nim zakochałaś, słoneczko.
   - Polly, przecież to jest…
   Nie dokończyłam, ponieważ w drzwiach zjawiła się moja mama. Weszła do mojego pokoju i uśmiechnęła się sztucznie stawiając dwie szklanki soku na mojej szafce nocnej. Spojrzałam na zegarek aby dowiedzieć się która godzina. Wskazówki wskazywały pierwszą dwanaście w nocy co tłumaczyło dlaczego moja mama ma na sobie szlafrok.
   - Jeszcze rozmawiacie? – zapytała przyjaźnie. – Idźcie spać, jutro macie szkołę.
   - Mogłabyś się nie wtrącać kiedy rozmawiam z przyjaciółką, mamo? – zapytałam oschle. – Możesz wyjść?
   - London, córeczko...
   - Mamo, wyjdź!
   - London! – skarciła mnie Polly szturchając w brzuch. – To twoja matka – dodała półszeptem podczas, gdy moja otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale szybko ja zamknęła.
   - Przepraszam, dobranoc dziewczyny.
   - Musiałaś na nią naskoczyć, nie? – warknęła Polly kiedy moja matka zamknęła za sobą drzwi opuszczając mój pokój.
   - Gdyby nie wyrzuciłaby Zayna on byłby ze mną tak samo jak Kieran z tobą!
   - Ale ich z nami nie ma, London! – odsunęła się ode mnie i położyła na łóżku nasuwając na siebie kołdrę. – Ich na razie nie ma i nie będzie, więc się z tym pogódź.
   - Nie potrafię – szepnęłam robiąc to samo co ona. – Tęsknię za nimi.
   - Tęsknisz za Zaynem tak jak ja tęsknie za Kieranem – wyszeptała patrząc na malownicze kwiaty na moim suficie. – Chodźmy spać, jutro szkoła.
   - Nie chcę iść do szkoły.
   - Zostały nam ostatnie dwa miesiąc a potem kończymy ją na dobre – wytłumaczyła Polly gasząc nocną lampkę. Ułożyłam się wygodnie na łóżku po czym złapałyśmy się z Polly za ręce. Zawsze kiedy nocowałyśmy razem zasypiałyśmy tak – po prostu byłyśmy już tak nauczone.
   Miałam ciężko zasnąć. Moją głowę zajmował Zayn i sprawy związane z nim. Gdyby nie ona, dalej byłabym tą samą London Evander, która nie wie jaka jest i zachowuje się inaczej w każdym miejscy na ziemi i nie potrafi być sobą. Nigdy nie poznałabym Coneza, Perrie i prawdy o moim przyjacielu Kieranie. Nigdy nie poznałabym smaku adrenaliny i strachu.
   I nigdy też nie … poczułabym coś do Zayna Malika.


____________

Niesprawdzony, więc za błędy przepraszam.
Utknęłam na piętnastym rozdziale z tą historią i nie mam kompletnie weny, aby napisać coś dalej. Ugh -.-
CW --> ROZDZIAŁ 4
Zachęcam do komentowania,
pozdrawiam serdecznie!


sobota, 11 stycznia 2014

Chapter - Ten




      Kiedy się obudziłam, mój pokój był oświetlony przez światło słoneczne wpadające przez okno. Przetarłam moje zaspane oczy i wyprostowałam się do pozycji siedzącej przypominając sobie mój sen.
   Conez mnie uprowadził i bił. Pomagała mu w tym jakaś blondynka, piękna blondynka. Zayn znalazł mnie później na drodze a ja nie miałam pojęcia jak się tam znalazłam. Kiedy wróciliśmy do domu moja mama była wściekła i wyrzuciła Zayna za drzwi.
   - Popieprzony sen. – mruknęłam sama do siebie wciąż zaspanym głosem po czym przetarłam swoją twarz moimi dłońmi. Syknęłam z bólu kiedy przejechałam ręką po moim policzku. Zaczęłam go dokładniej dotykać sprawiając sobie przy tym ogromny ból.
   Szybko zerwałam się z łóżka i nie zważając na mój potworny, poranny wygląd wybiegłam z mojej sypialni i udałam się do pokoju dla gości, który zajmował Zayn.
   Błagam, tylko nie to.
   W śnie, ta blondynka uderzyła mnie kilka razy a potem cała reszta za rozkazem Coneza mnie biła do utraty przytomności. Co jeśli to nie był sen, tyko prawda? Co by to znaczyło? Że naprawdę zostałam uprowadzona i bita? Mój samochód leżał gdzieś na odludziu, doszczętnie zniszczony?
   Czy to znaczyło, że moja mama naprawdę wyrzuciła Zayna z domu?
   Naprałam mocno na klamkę i otworzyłam drzwi pokoju gościnnego. Już miałam krzyknąć imię chłopaka kiedy zorientowałam się, że w pomieszczeniu nie ma ani jednej żywej duszy. Pokój był już porządnie posprzątany i jasny. Zasłony były odsunięte na bok wpuszczając do niego mnóstwa światła. W powietrzu unosił się zapach ogromnej ilości odświeżaczu powietrza.
   Po Maliku nie było ani śladu.
   Z łzami w oczach skierowałam się na dół, gdzie miałam zamiar zastać moją rodzicielkę. Biegnąc szybko po schodach słyszałam jak ktoś krząta się w kuchni. Kiedy tylko zlustrowałam jej blond sylwetkę w kuchni, wparowałam do kuchni jak strzała i dałam upust moim emocjom.
   - Gdzie on jest, mamo? Gdzie on do cholery jest?!
   - London, nie krzycz. – skarciła mnie kobieta i natychmiast do mnie podeszła. Jej twarz była cała blada a ogromnie cienie pod oczami uświadomiły mi, że nie zmrużyła oka tej nocy. – Skończ płakać.
   - Mamo, gdzie jest Zayn? – nie krzyknęłam tego już tak jak przed chwilą, ale nadal był zdruzgotana i roztrzęsiona. Łzy spływały po moich policzkach.
   - Wyprowadził się. – powiedziała starając się nie ukazać przy tym żadnych emocji. – Już nigdy więcej nie narazi Cię na żadne niebezpieczeństwo. Nie zobaczysz go już, kochanie.
   - Jak mogłaś? – warknęłam wciąż płacząc. – Nie możesz go wyrzucić, zwłaszcza teraz! On potrzebuje pomocy! Czy ty masz w ogóle pojęcie co mu grozi?!
   - On mnie już nie interesuje, London! Mam kompletnie gdzieś tego chłopaka po tym co Ci zrobił! – wskazała dłońmi na mnie. – Zaufałam mu, że się zmienił i powierzyłam opiekę nad tobą podczas, gdy ja jechałam to tego pieprzonego Bradford i próbowałam dowiedzieć się coś o nim! Pomóc mu!
   - Ale dlaczego go wyrzuciłaś?! Zadzwoń, żeby wrócił! – poprosiłam litośnie.
  - Nie będziesz już miała z nim nic wspólnego, córeczko. – kobieta starła z mojej twarzy łzy i ucałowała mój policzek. – On Cię już nie skrzywdzi!
   - On by mnie nigdy nie skrzywdził! – odsunęłam się od niej, znowu głośno krzycząc. – Znam go i wiem, że nigdy by mnie nie skrzywdził!
   - Znasz go? Nie rozśmieszaj mnie, London! – uniosła się. – To kryminalista od najmłodszych lat. Jemu na niczym nie zależy jak na własnej osobie!
   - To ty mnie nie rozśmieszaj, mamo! Podjęłaś się pomocy mu, więc łaskawie spełnij swój pieprzony obowiązek!
   - Mam mu pomóc po tym jak mnie okłamał? – prychnęła lekceważąco. – Po tym jak doprowadził Cię do takiego stanu?!
   Mama chwyciła mnie brutalnie za ramię i wręcz popchnęła w kierunku przedpokoju, przed wiszące lustro. Stanęłam nad nim i już miałam się obrócić i wyznać jej, że jest okropna kiedy zatrzymałam się na swoim lustrzanym odbiciu.
   Nie patrzyłam na moje nagie nogi ani ciało okryte jedynie za dużą koszulką, która służyła mi jako piżama. Nie obchodził mnie fakt, że nie miałam na sobie ani grama makijażu  a moje włosy błagały o pomstę do nieba.
   Moja twarz była cała napuchnięta i posiniaczona. Mój policzek był cały czerwony i obdarty, dlatego tak niesamowicie mnie piekł. Pod prawym okiem miałam jeden wielki siniak wyróżniający się na tle mojej bladej twarzy. Smugi brudu na czole i nosie odrzucały mnie. Przeniosłam wzrok na resztę mojego ciała – ramiona jak i nogi również były brudne i posiniaczone. Od żółtych siniaków wielkości pierścionka do sino fioletowych o masywnych kształtach. Wyglądałam okropnie.
   - Jak mam pomóc komuś kto pozwolił mojej córce wyglądać tak? – moja mama podeszła do mnie i delikatnie objęła mnie od tyłu. Nie zareagowałam na jej gest tylko nadal wpatrywałam się w swoje odbicie.
   - To nie jego wina. – wykrztusiłam po chwili pozostając w tej samej pozycji. – On jest naprawdę wspaniały. Ostrzegał i zabronił wychodzić, ale ja się uparłam. On o mnie dbał i martwił się o mnie, mamo. A te wszystkie siniaki to nie jego wina i …
   - London, on zamordował człowieka. – kiedy matka przerwała mi, zamarłam. – Nadal chcesz go bronić i mówić mi, że jest dobry?
   Nie wierzyłam w to. Nie. Zayn może i był arogancki, egoistyczny, nieokrzesany, wulgarny i impulsywny, ale nie dopuściłby się zabójstwa. Nie odebrałyby nikomu życia. On nie byłby do tego zdolny. Nie Malik, nie on.
   - Nie wierzę Ci. – szepnęłam po chwili i uwolniłam się z uścisku Chelsea. Czując jak łzy po raz kolejny atakują moje policzki pobiegłam do mojego pokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i bez zastanowienia ruszyłam do łazienki. Moje oczy zaczynały mnie parzyć od tych łez.
   Odkręciłam kurek w gorącą wodą i nalałam sobie do wanny. Z pomieszczenia zniknęły wszystkie kosmetyki chłopaka, które kilka dni temu jeszcze tutaj były. Zayn naprawdę zniknął.
   Podeszłam do umywalki i schowałam twarz w dłoniach. To nie mogła być prawda, pomyślałam po czym spuściłam dłonie i zawiesiłam głowę nad umywalką. Nagle zauważyłam małą złożoną kartkę tuż obok mydelniczki. Bez zastanowienia chwyciłam ją w dłonie i rozłożyłam po czym przeleciałam wzrokiem po jej skąpej zawartości.
`Już nikt nigdy Cię nie skrzywdzi. W tym ja. Zayn.`


________


   Głośne pukanie do drzwi naprawdę mnie irytowało. Czy moi rodzice nie mogli zrozumieć, że chciałam pobyć sama i wypłakać się za wszystkie czasy w poduszkę? Nie mogli dać mi trochę prywatności?
   - Mówiłam, że nie chcę Was widzieć. – warknęłam przez łzy. Jako, że dobijanie się do drzwi nie ustępowało zsunęłam się z łóżka i podeszłam do drzwi wciąż płacząc. Nie ścierając łez z twarzy otworzyłam drzwi. – Mówiłam wam, że nie chcę was widz…
   - Naprawdę nie chcesz nas widzieć? – przestałam się odzywać kiedy wciąż napuchnięte oczy Kierana utkwiły w mojej osobie. Stojąca obok niego rudowłosa piękność widząc mnie w opłakanym stanie natychmiast do mnie przywarła zamykając w mocnym uścisku.
   Wtuliłam w nią twarz i ponownie się rozpłakałam. Polly wprowadziła mnie z powrotem do pokoju siadając na łóżku  a Kieran porządnie domknął drzwi po czym uklęknął przede mną. Położył dłoń na moim kolanie i czekał, aż przestanę płakać.
   - Kto Cię tak urządził, mała? – spytał chłopak po chwili. Polly objęła mnie mocniej ramieniem a ja starałam się zatamować strumień łez. – Malik czy Conez?
   - Skąd ty wiesz o Conezie, Kieran? – wychlipałam unosząc wzrok moich zielonych tęczówek na chłopaka. Ten się tylko niepewnie uśmiechnął.
   - Znam go, London.
   - Kto to Conez? – zapytała Polly. Wyprostowałam się i przetarłam twarz dłońmi. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam jeszcze raz na moich przyjaciół.
   - Co wy tutaj robicie?
   - Kieran zaproponował, abyśmy do ciebie przyszli. – wyjaśniła Polly nie wypuszczając mnie z objęć. – W ten sam wieczór kiedy się pokłóciłyśmy się chciałam do ciebie przyjść, ale stchórzyłam.
   - Podobno nie widzisz sensu naszej przyjaźni. – odwróciłam wzrok od przyjaciółki i spojrzałam na jej chłopaka. Ten tylko spuścił głowę i głośno westchnął. Pomiędzy nami zapanowała długa i niezręczna cisza.
   - Dzisiaj rano zadzwonił do mnie Malik. – kiedy chłopak to powiedział o mało co nie zachłysnęłam się powietrzem. – Kazał mi Cię pilnować.
  - Jak możesz z nim rozmawiać, po tym jak Cię pobił, człowieku? – uniosła się Polly wskazując na wciąż obitą twarz Kierana.
   - Wiesz gdzie on jest? – zapytałam z nadzieję w głosie. – Zaprowadź mnie tam, Kieran. Błagam!
   - Uspokójcie się – chłopak wstał i zaczął przechadzać się po moim pokoju. – Malik wyjechał London i nie wróci za prędko. – wyjaśnił. – O ile w ogóle wróci.
   - Co?
   - Kieran, o czym ty gadasz? – zapytała Polly. W mojej głowie wciąż szumiały słowa Kierana „O ile w ogóle wróci.” Miałam już go nigdy nie zobaczyć?
   - Ta sprawa nigdy nie miała wyjść, nigdy nie miałyście się o niej dowiedzieć. – rzucił chłopak. – Gdybyś wtedy nie strzeliła do Coneza, wszystko byłoby po staremu!
   - Strzeliłaś do kogoś? – kompletnie nie przejęłam się pytaniem Polly, tylko oskarżeniem Kierana.
   - Skąd ty do cholery o tym wiesz? – zapytałam ponownie ścierając łzy z policzka. – Wiedziałam o tym tylko ja i Zayn.
   - London, postrzeliłaś Sebastiana! Zayn Ci nie mówił, że to największy skurwysyn w Cardiff?! – Kieran starał się jakoś utrzymywać nerwy, ale wychodziło mu to z marnym skutkiem. – Myślisz, że nikt nie wie, że go postrzeliłaś?!
   - Kurwa o co tutaj chodzi?! – jakby było mało krzyków Kierana, Polly również musiała się dołączyć. – Do chuja powiedzcie mi o co chodzi!
   - Chcesz kurwa wiedzieć, Polly?! Chcesz?! – wrzasnął chłopak. – Nasza London postrzeliła największego skurwiela w mieście w obronie Malika. Od tego czasu Conez myśli jak jej wyrwać flaki a te siniaki na jej twarzy to zapewne przedsmak tego co chce jej zrobić! Proszę bardzo, Polly! Teraz wiesz, że twoja przyjaciółeczka wpierdoliła się w totalne gówno bo zachciało jej się jeździć za Malikiem!
   - London, to prawda? – rudowłosa za pomocą swoich cienkich palców ujęła mój podbródek i skierowała na swoją twarz. Ja jedynie kiwnęła głową. – Kiedy to się stało? Kiedy oni … Ci to zrobili?
   - Jak się pokłóciłyśmy, nie patrzyłam na drogę i oni wyjechali tak znikąd a potem było ciemno i obudziłam się w jakieś starej opuszczonej hali czy coś i… tam była ona. Biła mnie. Oni też… a potem poczułam ból głowy i obudziłam na ulicy i nikt nie chciał mnie wziąć dopóki nie przyjechał Zayn a potem mama go wyrzuciła i …
   - London, cicho. – rudowłosa widząc jak łamie mi się głos a z moich oczu wylatuje strumie słonych łez, przytuliła mnie mocno i pocałowała w moje blond włosy. – Wszystko będzie dobrze.
   - Nic nie będzie. – zachlipałam wtulając twarz w jej obojczyk. – Nigdy już nie zobaczę Zayna a Conez nie odpuści mi.
   - Nie, London. – zaprzeczył donośnie Kieran. Jego głos był stanowczy. – Conez nie tknie Cię już nigdy. Ani on ani żaden z jego bandy. Obiecuję Ci to.
   Nie zdążyłam podnieść głowy i spojrzeć na chłopaka,kiedy ten opuścił mój pokój trzaskając drzwiami. Wymieniłam zaskoczone spojrzenie z Polly i ponownie się w nią wtuliłam.
   Co mu strzeliło do głowy?

________


   Cały następny dzień próbowałam dodzwonić się do Kierana. Niestety, bezskutecznie. Moi rodzice zmuszeni byli wrócić do pracy, dlatego została sama z zakazem otwierania komukolwiek drzwi pod ich nieobecność. Polly musiała iść do szkoły - ona jako jedyna z naszej trójki musiała zachowywać pozory normalności..
   - Kurwa, Wilson. – mruknęłam rozłączając połączenie, które skończyło się na tym samym – na poczcie. Odłożyłam telefon na kuchenny blat i przetarłam dłońmi twarz. Nie dość, że Zayn naprawdę zniknął i mnie zostawił to na dodatek Kieran postanowił sobie zrobić „wolne” od nas wszystkich. No kurwa, no!
   W pewnym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał trzecią po południu. Będąc pewna, że to Polly, ignorując zakaz rodziców ruszyłam otworzyć drzwi. Kiedy do nich podeszłam odkręciłam zamek w lewą stronę i naparłam na klamkę otwierając drzwi.
   Natychmiast tego pożałowałam kiedy w progu zauważyłam wysoką blondynkę z chytrym uśmieszkiem. Pod kurtką trzymała wycelowany we mnie pistolet. To była Perrie.
   - Rodzice w pracy? – zapytała słodko po czym celując we mnie bronią, weszła do środka. Nie odrywając ode mnie wzroku zatrzasnęła nogą drzwi i wyprostowała dłonie, ukazując mi całość pistoletu.
   - Co tu robisz? – zapytałam wręcz niedosłyszalnie, na co blondynka zachichotała.
   - Przyszłam sobie na małą dziewczęcą pogawędkę, London.



_______________

Rozdział pisany przy piosence z Króla Lwa 2 `Jeden z nas`, the best bajka ever!
Lubicie suczowatą Pezz? Bo ja tak.
Co do Coneza, ... powiem tak - gostek jest jak okres. Powraca w najmniej nieoczekiwanym momencie.
CW <--- Rozdział 3!
Do następnego :)



sobota, 4 stycznia 2014

Chapter - Nine



   Ciemne pomieszczenie w którym się znajdowałam było jak z horroru. Siedziałam skulona w jakimś małym ciemnym pokoju, gdzie zapach stęchlizny i kanalizacji unosił się w powietrzu. Nie było tutaj żadnego okna czy kratki wentylacyjnej, abym mogła chodź trochę powdychać świeżego powietrza. Było mi słabo, zimno i niedobrze. Chciałam umrzeć.
   Minęło tak dużo czasu odkąd Conez z jego ludźmi zamknęli mnie w tym opuszczonym i doszczętnie zniszczonym hangarze. To miejsce było przerażające – brak prądu czy wody sprawiał, że w mojej głowie pojawiały się miliony masakrycznych wersji mojego dalszego bytu tutaj. Najtrafniejszą tezą wydawał się fakt, że Conez zastrzeli mnie. W końcu ja również cisnęłam w niego kulą.
   Było mi tak zimno a nie mogłam owinąć się rękoma, ponieważ miałam je związane z tyłu. W ustach miałam jakąś zabrudzoną chusteczkę, która uniemożliwiała mi prawidłowe oddychanie. Byłam cała zabrudzona i pokrwawiona. Przeżywałam najgorsze chwile życia.
   Było tutaj pełno pająków i robaków. Brzydziłam się tego i miałam odruch wymiotny kiedy tylko czułam jak coś po mnie pełznie. Chusteczka sprawiała, że za każdym razem się krztusiłam i z czasem oddychanie stało się dla mnie prawdziwą męczarnią. Chciałam stąd wyjść, chociaż z drugiej strony wiedziałam, że czeka mnie pewna śmierć.
   Nagle do moich tęczówek dotarł prąd jasnego światła. Leniwie je otworzyłam i zobaczyłam potężnego mężczyznę stojącego w drzwiach. Zamknęłam ponowie oczy, ponieważ wiedziałam co się właśnie działo. Jego pomocnik po mnie przyszedł, ponieważ Conez chciał się ze mną rozprawić.
   - Idziemy, kochanie. – warknął mężczyzna i jedną ręką chwycił moje ramię i uniósł mnie do góry. Nie potrafiłam stanąć na własnych nogach dlatego facet przytrzymał mnie z pogardą w pasie i wyprowadził z ciemnego pomieszczenia.
   Zaprowadził mnie do dużej hali, gdzie było w porównaniu do mojej poprzedniej celi było pełno okien, które wpuszczały światło słoneczne do pomieszczenia. Na środku stało małe krzesło a obok niego jakiś sznur. Conez stał dokładnie nad krzesłem i uśmiechał się złowrogo. Jego ludzie stali trochę dalej za nim co chwilę wymieniając się jakimiś opiniami.
   - Posadź ją tutaj, Alex. – rozkazał Conez wskazując na krzesło. Alex kiwnął jedynie głową i popchnął mnie na krzesło. Obwiązał moją zmarznięte ciało liną dookoła po czym wyjął chusteczkę z moich ust. Zakaszlałam.
   - Spokojnie, słoneczko. – Conez znalazł się tuż przy mnie i pogłaskał mój policzek. Byłam tak słaba, że nie miałam nawet siły odwrócić głowę. – Weź głęboki oddech i uspokój się, London.
   - Skąd znasz moje imię? – zapytałam ledwo słyszalnie. Moje oczy same się zamykały. Tak łatwo byłoby teraz zasnąć, ale co byłoby później?
   - Wiem o tobie wszystko, kochanie. – zaśmiał się. – Muszę znać ludzi, którzy chcieli mnie zabić.
   - Nie chciałam Cię zabić. – wysapałam a on tylko zarechotał. Tak potwornie się śmiał, że przeszył mnie dreszcz.
   - A jednak strzeliłaś we mnie, London. – mruknął po chwili. – Strzeliłaś w obronie Zayna Malika.
   - Nie wiem o czym ty mówisz. – powiedziałam. Na jego twarzy pojawiło się kilka zmarszczek.
   - Dobrze wiesz, kochanie. – powiedział i wyprostował się. Wyjął z kieszeni czarny pistolet. Uklęknął ponowie przy mnie przykładając otwór broni do mojego czoła. Zadrżałam.
   - Zadam Ci kilka pytań a ty mi na nie grzecznie odpowiesz. – powiedział przyciskając broń bardziej w moją skórę. Zamknęłam oczy. – London, gdzie jest teraz Zayn? Bo w domu u ciebie go nie ma.
   Nie odpowiedziałam nic. Zayna nie było w domu? Zdążył się wynieść? Dowiedział się, że Conez mnie porwał i uciekł z Cardiff. Jak to dziwnie brzmiało. „Porwał”. Dla normalnej dziewczyny takie słowo jest znane tylko w jej ulubionych serialach kryminalnych, ale nie w normalnym życiu. To było takie śmieszne a zarazem kurewsko przerażające.
   - Twoje milczenie oznacza niewiedzę. – zacmokał Conez po czym odsunął broń ode mnie. Już miałam odetchnąć kiedy ujął moją twarz w swoją potężną dłoń. Ścisnął moje policzki tak mocno, że w moich oczach pojawiły się łzy. – Albo nic nie gadasz, żeby kryć tego skurwysyna.
   - Spokojnie, Sebastian. – po hali rozległ się kobiecy głos. Otworzyłam oczy i poczułam jak rozluźnia się ucisk mężczyznę. – Ona nam będzie jeszcze potrzebna.
   Zza cienia wyłoniła się smukła postać wysokiej blondynki. Była ubrana w skórzane spodnie i czarny top odsłaniający jej niesamowicie płaski brzuch. Miała na sobie czarne szpilki, które dodawały jej seksapilu. Przeniosłam wzrok na jej twarz i wstrzymałam oddech. Miała niesamowicie bladą twarz dlatego jej mocno przycieniowane na czarny kolor oczy wyróżniały się na tle jej twarzy. Usta dziewczyny były pomalowane wręcz perfekcyjnie czerwoną szminką a jej blond włosy opadały na jej ramiona. Była dokładnie taka jaka ja chciałam być. Idealna.
   - Chcesz sobie uciąć damskie pogawędki, Perrie? – prychnął Conez i odsunął się ode mnie. Blondynka podeszła do mnie z łobuzerskim uśmiechem i nachyliła swoją twarz nad moją. Z twarzy nie schodził jej ten głupi uśmieszek. Była taka piękna, że wręcz nierealna.
   - Szczerze … nie mam pojęcie co Malik w tobie widzi. – kiedy tylko usłyszałam te słowa poczułam piekielne pieczenie na moim policzku. Na twarzy blondynki wciąż istniał ten cyniczny uśmieszek. Ta suka mnie uderzyła!
   - Ty szmato. – warknęłam krzywiąc się z bólu. Blondynka parsknęła śmiechem.
   - Szmato? – powtórzyła. – Zayn nie nauczył Cię więcej obelg? W ogóle dziwię się, że chciał spędzać czas w twoim towarzystwie. – prychnęła a we mnie się zagotowało. Nagle strach został zastąpiony przez nienawiść. – Nie mam naprawdę zielonego pojęcia dlaczego istniejesz w jego życiu! Co on w tobie widzi?
   - Zazdrosna Pezz? – prychnął Conez wywołując falę chichotu pośród reszty umięśnionych półgłówków. Blondynka odwróciła się do mnie tyłem i przeniosła wzrok na mężczyznę. Byłam niemal pewna, że ta wypowiedź ją uraziła.
   - Zazdrosna? Nie – zaprzeczyła z wściekłością w głosie. – Raczej poirytowana!
   Odwróciła się do mnie z powrotem i uklęknęła przede mną tak jak zrobił to Conez przed paroma minutami. Zlustrowała moją twarz po czym warknęła. W jej oczach widziałam żal i nienawiść.
   - Zacznijmy od początku, kochanie. – mruknęła z udawaną troską. – Jestem Perrie a ty moim więźniem. Chcesz lepszych warunków, odpowiadaj bezbłędnie na moje pytania, rozumiemy się blondyneczko?
   Na to określenie momentalnie, łzy nacisnęły się do oczu. Ile bym dała, żeby usłyszeć tę nazwę w stosunku do mnie z ust Malika. Tak bardzo tego chciałam.
   - A więc, kochanie .. – Perrie zrobiła przerwę w wypowiedzi, aby zawiesić wzrok na moich udach. – Gdzie jest Zayn?
   - Nie wiem. – odparłam szybko spuszczając wzrok.
   - Zła odpowiedź. – zaśmiała się ponuro po czym ponownie mnie uderzyła zaciskając pięść. Krzyknęłam głośno na co blondynka zazgrzytała zębami.
   - Zapytam się jeszcze raz. – wyciągnęła zza tyłu spodni czarny pistolet, niemal identyczny jaki miał Conez. Przybliżyła broń do mojej skroni i nachyliła swoją twarz. – Gdzie jest ten skurwiel?
   - Ni-nie wiem.  – wyjąkałam. Byłam przerażona i pewna, że mój żywot jest policzony w ciągu kilku najbliższych minut. – Nie wi-wiem o kim mówisz.
   - Malik wciąż potrafi tak dobrze mącić w kobiecych głowach. – prychnęła z pogardą po czym schowała pistolet. Przejechała swoim długim, sztucznym paznokciem po moim policzku po czym zbliżyła swoje usta do mojego ucha. – To jest jego bardzo przydatna umiejętność, kochanie.
   Perrie odwróciła się gwałtownie i podeszła do Coneza. Ten ujął ją łapczywie w talii po czym grubiańsko pocałował. Odrzuciło mną. To był taki obleśny pocałunek, że miałam ochotę zwrócić posiłek, który jadłam kilka dni temu. Blondynka mimo, iż miała bardzo dużo makijażu na twarzy, nie mogła mieć skończonej dwudziestki natomiast Conez wyglądał na starszego faceta. O jakieś dziesięć lat od Perrie.
   - Jest lojalna jak suka. – powiedziała z uśmiechem blondynka kiedy odkleiła się do mężczyzny. – Malik ją porządnie omotał.
   - Jak każdą. – podsumował Conez a w mojej głowie zawirowało słowo „każdą”. To ile ich było? Setki, dziesiątki? Należałam do jakiś głupich naiwnych lasek, które Zayn wykorzystywał?
   - To co z nią robimy, kochanie? – zapytała Perrie wkładając swoją dłoń zza spodnie Coneza nie przejmując się kompletnie tym, że ten „pokaz” oglądało kilkanaście osób.
   - Dostanie nauczkę za milczenie a potem odstawimy tam, skąd ją wzięliśmy. – powiedział Conez. Odwrócił głowę i uśmiechnął się do mnie. Już miałam zaprzeczyć kiedy poczułam od tyłu potworny ból głowy.

________

   Kiedy się obudziłam było mi zimno i niewygodnie. Dookoła panował mrok a opuszczone ulice sprawiały, że ta sceneria przypominała jakiś psychiczny horror. Wszystko mnie bolało dlatego trochę minęło czasu zanim zebrałam siły i wstałam. Kiedy stanęłam już na swoich siłach zorientowałam się, że znajduję się na Hogan Drive czyli dokładnie tam, gdzie Conez zmasakrował mój wóz i uprowadził mnie do tego potwornego hangaru. Zaczęłam się rozglądać za moim zmasakrowanym samochodem mając nadzieję, że będzie on tutaj jeszcze. Chciałam jakoś do niego wejść i spędzić w nim noc, ponieważ nie miałam siły szukać pomocy. Zwłaszcza, że była noc a na całą długą, opuszczoną ulicę działała jedna latarnia.
   Mojego samochodu nigdzie było, przez co miałam ochotę usiąść na zimnym asfalcie i zacząć płakać. Jednak nie zrobiłam tego! Podciągnęłam moje przetarte i ubrudzone spodnie po czym owinęłam się rękoma i ruszyłam przed siebie kuśtykając. Modliłam się w duchu, aby przejechał tędy jakikolwiek samochód. Weszłabym do byle jakiego, byleby znaleźć ciepło.
   Załamana i przepełniona najgorszymi myślami ruszyłam przed siebie, boleśnie utykając. Bolała mnie cała prawa noga. Moje jeansy były podarte dlatego dostrzegłam, że noga była całą posiniaczona. Czułam się beznadziejnie, jak wrak człowieka. W tamtym momencie żałowałam, że żyję. Chciałam położyć się i nigdy już nie obudzić. Zresztą nie wyobrażałam sobie dalszego życia. Uprowadzono mnie, pobito, poniżono i skaleczono. Mam wierzyć, że taka sytuacja już nigdy nie nastąpi? Skąd mogłam mieć pewność, że pewnego dnia jeden z nich ponownie mnie nie porwie a cała reszta na czele z Conezem  i tą blondynką, nie będą mnie ponownie bić i wyzywać?
   Z oddali usłyszałam ryk silnika. Odwróciłam się i ujrzałam bardzo daleko dwoje par świateł. Moje serce skoczyło mi do gardła a ręce zaczęły się trząść jeszcze bardziej. Jestem uratowana, pomyślałam z nadzieję i wyszłam na środek ulicy czekając, aż samochód się zatrzyma i mnie weźmie.
   Kiedy auto było już blisko mnie zahamowało. Uśmiechnęłam się lekko i zaczęłam kuśtykać w jego stronę, jednocześnie schodząc mu z drogi. Podeszłam do drzwi kierowcy i już miałam się oprzeć o drzwiczki samochodu i błagać o podwózkę, kiedy wóz odjechał z impetem. Nagły start samochód był taki szybki, że obalił moje ciało na zimno podłogę. Uderzyłam o asfalt swoją kością ogonową z takim hukiem, że rozniosło się po opustoszałej Hogan Drive. Zawyłam z bólu po czym zaczęłam się zwijać w kłębek na podłodze.
   Jeszcze nigdy nie pragnęłam śmierci jak w tamtej chwili.
   Chwilę potem, wciąż odczuwając ból, moich uszu dobiegł ponowny głośny ryk silnika. Z nie wiadomych mi powodów dźwięk silnik wydał mi się znany. Taki charakterystyczny. Jakby odzwierciedlał czyjś charakter. Jednak możliwe było też, że zaczynałam mieć halucynację i traciłam kontakt z rzeczywistością.
   Nie łudziłam się, że samochód się zatrzyma. Nawet tego nie chciałam, jednak kiedy czekałam, aż auto przejedzie obok mnie z niesamowitą prędkością, usłyszałam jak silnik gaśnie. Mimo, iż ból nie dawał mi spokoju spróbowałam unieść głowę lekko do góry i zobaczyć co się dzieje. Bezskutecznie. Byłam za słaba.
   - London! – znałam ten głos. Ta seksowna chrypka wymieszana z kilkoma akcentami była mi znana. – Kurwa, London.
   Poczułam jak ktoś podbiegł do mnie i chwycił za dłoń. Czyjś ciepły dotyk pogładził mój zabrudzony policzek. Zebrałam wszystkie siły i otworzyłam powieki. Zamrugałam kilkakrotnie i spojrzałam na osobę, która pochylała się nade mną. Na początku nie wiedziałam kto to, ale z biegiem sekund rozpoznałam go.
   - Zayn. – wyszeptałam słabym głosem. Kruczowłosy bez najmniejszego namysłu chwycił mnie jedną ręką w pasie a drugą ujął delikatnie mój kark. Uniósł mnie bez jakiegokolwiek problemu i szybko skierował się do swojego samochodu. Otworzył drzwi ze strony pasażera i delikatnie usadził mnie na siedzeniu. Ciepło panujące w środku pojazdu od razu wdało mi się we znaki. Malik ściągnął swoją czarną bluzę i opatulił nią, moją osobę. Zamknął drzwi i szybko okrążył samochód, aby zająć miejsce kierowcy.
   Oparłam głowę o fotel i rozkoszowałam się ciepłem, jakie panowało wewnątrz samochodu. Miękkość i temperatura były po prostu dla mnie jak wspaniały sen. Ziścenie się najskrytszych marzeń. Nie leżałam już na zimnej podłodze skulona w kłębek. Napawałam się ciepłym powietrzem utrzymywanym w samochodzie Zayna.
   Malik bez pytania wziął moją posiniaczoną i zamarzniętą dłoń i mocno ją ścisnął. Jego ciepły dotyk był istnym rajem. Otworzyłam lekko oczy i obróciłam głowę delikatnie  jego stronę. Na jego twarzy malowała się wściekłość wymieszana z troską.
   - London – wyszeptał po czym wolną dłonią pogłaskał mój szczypiący mnie policzek. Widząc jak skrzywiłam się z bólu odsunął dłoń. Już miałam powiedzieć, że to nic takiego kiedy nachylił lekko swoją idealną twarz w kierunku mojej. Byłam tak słaba, że nie miałam siły posługiwać się zbytnio mimiką twarzy. Jednak kiedy jego malinowe usta musnęły delikatnie mój policzek, zdałam sobie sprawę, że niepotrzebnie się obawiałam.
   To uczucie, które mnie przeszyło kiedy jego wargi spotkały się z moją skórą. Jak dotyk Anioła, zesłanego mi, aby mi pomóc. Malik był moim Aniołem, który mimo przeszkód zawsze był przy mnie. Był dla mnie.
   - Przysięgam Ci, że go zabiję. – mruknął po chwili odsuwając się. – Zabiję go.
   - Po co? – wyszeptałam po chwili. Chciałam ścisnąć mocniej jego dłoń. Ten to zauważył i wyręczył mnie opatulając moją prawą kończynę, swoją drugą dłonią. – Narobisz sobie niepotrzebnych kłopotów, Zayn.
   - Nie odpuszczę mu tego co Ci zrobił, Evander. – powiedział oschle. Wiedziałam, że ledwo co powstrzymuje nerwy w mojej obecności. Starał się nie wybuchnąć mimo tego, że miał ochotę wykrzyczeć światu swoją złość.
   - Zrobisz coś dla mnie? – Malik nie odpowiedział tylko spojrzał na mnie tymi swoimi czekoladowymi tęczówkami. Tak mi ich brakowało, tego ich blasku i wspaniałości. – Bądź zawsze przy mnie.
   - London … - westchnął głośno po czym pogładził moje brudne blond włosy. Nie wiedział co odpowiedzieć. – Jedźmy do domu.
   - Rozumiem. – zawiodłam się jego odpowiedzią. Liczyłam bynajmniej na to, że skłamie w obliczu sytuacji, ale przeliczyłam się. – Oni mnie będą jeszcze szukać, prawda?
   - Jacy oni, Evander? – zapytał.
   - Conez i ta blondynka. – odparłam. Przestałam się trząść.
   - Jaka blondynka? – na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie.
   - Wszyscy mówili jej Pezz. – mruknęłam obserwując Malika. Puścił moją dłoń i zacisnął swoje ręce w pięści. Rzucił cicho pod nosem wiązankę przekleństw i odpalił silnik. Z impetem ruszył z miejsca. Był wściekły.
   - Powiedziałam coś nie tak? – zapytałam cicho, opatulając się bardziej jego ciepłą i nasiąkniętą jego ciałem, bluzą.
   - Oni już nigdy Cię nie dotkną, słyszysz? – warknął wściekle. – Nie pozwolę, aby coś Ci się stało.
   Resztę drogi przebyliśmy w ciszy. Widziałam, że Zayn był wściekły dlatego nie chciałam wszczynać  z nim jakiejkolwiek konwersacji, ponieważ bałam się, że może ona się sprawdzić na zły tor.
   Siedziałam cicho, przykrywając się do bluz chłopaka, napawając się ciepłą temperaturą. Czułam jak potargana bluzka skleja się z moim ciałem pod wpływem potu. Pierwszy raz cieszyłam się, że moje ciało produkowało tę substancję. Pierwszy raz, cieszyłam się, że mogłam doświadczyć efektu pocenia.
   Miałam cały czas zamknięte oczy. Malik pewnie myślał, że spałam, ale po prostu nie miałam siły mieć ich uniesionych. W mojej podświadomości wciąż widziałam ten łobuzerski uśmiech Coneza i perfidny uśmieszek tej blondynki. Te dwie postacie spędzały mój sen z powiek. Miałam dość tych wszystkich „niedociągniętych” historii Zayna i miałam zamiar zażądać od niego całej wiedzy na ten temat. Zasługiwałam na gram prawy, zwłaszcza po tym co przeszłam.
   - London – poczułam jak samochód stanął. – London, śpisz?
   - Nie – wyszeptałam i otworzyłam oczy. Od razu spostrzegłam, że zaparkowaliśmy pod moim rodzinnym domem. Przejechałam dłońmi twarz, aby powstrzymać napływ emocji spowodowanych powrotem do domu.
   Zayn otworzył drzwi od mojej strony i odpiął mój pas bezpieczeństwa. Chwycił mnie mocno za rękę i pomógł mi wyjść. Kiedy stanęłam na nogach, chwycił mnie mocno w talii i przewiesił moją lewą ręką wzdłuż jego szyi. Skierował nas do głównych drzwi. Naprał na klamkę i wprowadził mnie do środka. Nie zdążył zamknąć porządnie drzwi, kiedy usłyszałam głos mojej rodzicielki.
  - Córeczko – Chelsea rzuciła się w moim kierunku i przytuliła mnie mocno. Zayn odsunął się od nas i stanął w kącie, przyglądając się nam spod byka. – Kochanie, tak się martwiłam o ciebie!
   - Bałam się, mamo. – wychlipałam po chwili, popłakując w jej obojczyk. – Ja się ich tak bałam, mamusiu.
   - Kogo się bałaś, córeczko? – mama uniosłam moją twarz i spojrzała na mnie z bólem. Pogładziła delikatnie mój policzek po czym spojrzała z wściekłością na Zayna. – Powiedz, że nie miałeś nic wspólnego z tym.
   - Przepraszam, Chelsea. – wyznał po chwili z skruchą w głosie. – To wszystko była moja wina. Nie powinienem pozwolić London, aby wtedy za mną pojechała. Nie powinienem wplątywać ją w sprawy z Conezem. – zrobił przerwę i wziął głęboki oddech. – To wszystko moja wina i jest mi tak przykro…
   - Idź na górę London, zaraz do ciebie przyjdę. – poleciała mi cicho, po czym pocałowała mnie w czoło. Chwyciłam się ściany i ukierunkowałam się w stronę schodów, kiedy usłyszałam ledwo panujący nad swoim tonem, głos rozwścieczonej mojej rodzicielki.
   - A ty, Malik masz godzinę, żeby spakować się i zniknąć z naszego życia! 


___________________________

  Czuję się jak gówno. Dosłownie. Jak Wam mija Nowy Rok?
Pezz pojawiła się już w zakładkach bohaterów. Jak rozdział? Moim zdaniem, taki sobie.
Hej, może te 51 osób, które "czyta" LOH odezwałoby się, hmm?
Dziękuję wszystkim co regularnie komentują i sprawiają, że chcę pisać dalej! Jesteście WSPANIALI!
Ogromne podziękowania dla Velvette, która swoimi wywodami rozśmiesza mnie do łez! Jesteś wielka!
+ You`re my compromise (rozdział drugi)