wtorek, 17 września 2013

Chapter - Three

      - Mamo! – krzyknęłam zbulwersowana. – Nie będę mieszkać pod jednym dachem i to jeszcze sama z … kryminalistą!
   - Słownictwo dziewczynko. – warknął do mnie Zayn. Spojrzałam na chłopaka. Jego wzrok był przepełniony jadem i wrogością.
   - London posłuchaj mnie! – Chelsea chwyciła mnie za ręce. Wyrwałam je szybko. – Muszę pojechać na kilka dni do Bradford pozałatwiać pewne sprawy związane z Zaynem. On nie może tam jechać ze pewnych względów.
   - A ojciec? – spojrzałam na tatę, który piorunował spojrzeniem moją mamę bądź naszego współlokatora. Zaczynałam mieć po dziurki w nosie ich wyjazdów!
   - Dzwonił mój szef. – powiedział oschle ojciec. – Jutro w południe muszę się stawić na budowie w Coventry. Rano wyjeżdżam.
  - Ja również wyjeżdżam rano. – dodała mama.
  - Wiecie co?! – ponownie podniosłam głos. – Róbcie co chcecie, ale nie miejcie do mnie pretensji, jeżeli ten Dupek coś zrobi! – wskazałam na kruczowłosego, który prychnął lekceważąco. Gdyby nie fakt, że był śliczny uderzyłabym go! Zaraz, ja tak pomyślałam?!
  - London, kochanie uspokój się! – mama próbowała mnie przytulić jednak szybko odsunęłam się od niej. Posłałam rodzicom nienawistne spojrzenie.
   - Nie chcę mieć z nim nic wspólnego! – krzyknęłam i pobiegłam do swojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami i padłam na łóżko. Teraz jak nigdy przedtem potrzebowałam oparcia w przyjaciołach. Jednak oni sami nie byli w ciekawej sytuacji. Odsypiali po ciężkiej nocy i po nudzącym kazaniu ich rodziców. Ale postanowiłam spróbować. Wykręciłam numer do Polly. 
   Po kilku sekundach włączyła się automatyczna sekretarka. Westchnęłam ciężko i wystukałam numer Kierana. Na próżno. Tak samo jak w przypadku mojej przyjaciółki, brunet miał wyłączony telefon.
   Zacisnęłam zęby i ręce w pięści. Byłam wściekła. Byle pomiot z poprawczaka włazi sobie w moje życie bez pytania i tyle w nim miesza. Byle pomiot okazuje się być egoistycznym dupkiem z nienaganną fryzurą, rozbrajającym uśmiechem i nieskazitelnie pięknymi, czekoladowymi tęczówkami.
   Przetarłam twarz i zaśmiałam się ponuro. Podeszłam do laptopa i włączyłam piosenkę. Puściłam ją na maksymalną głośność, aby zagłuszyć wszelkie myśli i dźwięki.
  Z tym pierwszym udało mi się, jednak z drugim miałam problem. W mojej podświadomości czekoladowe tęczówki oraz perłowy uśmiech zadomowiły się już na dobre. I za nic w świecie nie mogłam się ich pozbyć.
  

________

   - Będę dzwonić najczęściej jak się da. Obiecuję. – mama przytuliła mnie mocno. Nie miałam zamiaru odpowiedzieć jej tym samym. Wciąż byłam wściekła. Niewyobrażalnie wściekła! Wyjeżdżała sobie od tak zostawiając mnie z kryminalistą. Co z tego, że ona mu ufała, skoro ja nie?
   - Tata już wyjechał? – zagadnęłam obojętnie. Mama pokiwała twierdząco głową. Tata musiał wyjechać wcześnie rano, aby być w Coventry punktualnie. Wszystko jest ponad własną córkę, pomyślałam.
   - London, jeszcze raz Cię przepraszam. Ja nie chciałam stawiać Cię  takiej sytuacji i …
   - Jedź już mamo. – ponagliłam ją. – Spóźnisz się na samolot.
   - No dobrze. – westchnęła smutno. Chwyciła swoją walizkę i położyła dłoń na klamce drzwi wejściowych. – Kocham Cię córeczko.
   I wyszła. Chwilę potem usłyszałam pisk opon odjeżdżającej taksówki z mamą. Byłam tak wściekła, że nie dopuszczałam do siebie takiego uczucia jak tęsknota. Byłam zła i pierwszy raz źle się czułam we własnym domu. Pałętał się po nim jakiś gbur z poprawczaka! Co ja miałam sobie myśleć? A co czuć?
   Zegarek wskazywał 10:38. Cały czas wkurzona udałam się do kuchni, gdzie nalałam sobie szklankę wody. Utkwiłam wzrok we wskazówkach zegara, powieszonego na kuchennej ścianie. Czas mógłby szybciej płynąć, pomyślałam upijając łyk wody.
   - Wyszła? – oschły baryton zmusił mnie do obrócenia twarzy w miejsce jego powstania. Mój nowy współlokator stał bezczelnie piorunując mnie tymi cholernie pięknymi tęczówkami. Jego nieskazitelna twarz z której zniknął zarost, wprawiała w zakłopotanie wszystko inne. Luźno włożone do kieszeni jego dłonie oznakowały brak jakiegokolwiek szacunku czy pohamowania samej woli.
   - Kto? – warknęłam.
   - A jaka inna kobieta mieszka JESZCZE w tym domu? – odparł tym samym tonem.
   - Na przykład jeszcze ja. – wrzuciłam szklankę do zmywarki. Zamiast usłyszeć brzęk obijanego szkła, usłyszałam głośne parsknięcie.
   - Nie rozśmieszaj mnie dziewczynko! – dodał kiedy się uspokoił. Wprawiłam Cię w dobry humor, dupku? – Nie wychodź z domu, bo nie mam kluczy.
   - Kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać?
   - Aktualnie? – zamyślił się i podrapał po brodzie. – Twoim zasranym opiekunem.  – rzucił i wyszedł trzaskając drzwiami.
   - Frajer! – krzyknęłam na pożegnanie, ale wątpiłam, żeby to usłyszał. Wyjęłam z kredensu paczkę żelków i rozerwałam ją w szale gniewu. Nie uniknione było to, że żelki rozsypały mi się na podłogę.
   - Pięknie. – mruknęłam i zaczęłam je zbierać. Wyrzuciłam je do kosza po czym i usadowiłam się na kanapie. Włączyłam TV i zaczęłam szukać jakiegoś programu, który zaspokoiłby mój gust telewizyjny.
   Reality Show. To lubię, pomyślałam i odłożyłam pilota zatracając się kompletnie w poczynaniach głównych bohaterów programu.
   Miałam właśnie ujrzeć spoliczkowanie Rogera kiedy zadzwonił mój telefon odrywając mnie od ekranu. Przeklnęłam pod nosem i odebrałam, nie sprawdzając nawet kto to.
   - Halo?
   - Cześć London. – po drugiej stronie usłyszałam zaspany jeszcze głos przyjaciółki. – Właśnie wstałam, wiesz?
   - Nie dziwię się Polly. – mruknęłam. – Nie spałaś cały piątek i pół soboty. Należało Ci się lala.
   - Żeby moja matka była taka wyrozumiała jak ty. – zaśmiałam się. – Wybijamy gdzieś? Muszę odreagować! Najlepiej zakupami albo salonem fryzjerskim.
   - Chciałabym. – jęknęłam rozżalona do słuchawki.
   - Co się stało London?
   - Moi starzy wyjechali sobie z Cardiff w interesach a ja została sama z jakimś ćwokowatym podopiecznym mojej matki!
   - Zamknij gnoja w szafie i jedziemy. – zaproponowała.
   - Świetny pomysł Polly, gdyby nie jeden tyci szczegół. – zadrwiłam. – On sobie wyszedł zaraz po tym jak moja mama pojechała!
   - Pieprzysz? – krzyknęła Polly. – Masz Pana niezależnego pod dachem?
   - Taa. – wymamrotałam do słuchawki. Rozłożyłam się na kanapie w wygodnej dla mnie pozycji. – Muszę czekać aż wróci bo tylko ja mam klucze do domu.
   - Czym się przejmujesz? On będzie stał pod drzwiami, nie ty!
   - Matka zabiłaby mnie gdyby się dowiedziała!
   - Nie przesadzaj London. – wtrąciła Polly. – Chelsea nie dowiedziałaby się o tym.
   - Ale nie mogę zostawić go tak na lodzie. – powiedziałam. – Nie wiem do czego jest zdolny.
   - London. – pomiędzy mną a przyjaciółką zapanowała cisza. – Tu nie chodzi o klucze ani o mamę, prawda?
   - Do czego pijesz Polly? – zapytałam podejrzliwie rudowłosą.
   - A jak wygląda ten nowy podopieczny twojej mamy? – zapytała zadziornie, a ja parsknęłam śmiechem.
   - Nic z tych rzeczy!
   - Gdyby Ci się nie podobał nie byłabyś potulna jak baranek i nie robiłabyś wszystkiego co Ci kazał, Lon.
    - Znam go zaledwie trzy dni i zamieniłam z nim co najwyżej kilka zdań. W tym większość to wyzwiska i obelgi! – rzuciłam od razu. Podoba mi się! Pff też mi coś!
   - Rób jak chcesz London, ale wrócimy jeszcze do tego. – zachichotałam. – Dobra spróbuję się dodzwonić do Kierana. Podejrzewam, że ma zły humor, więc będę musiała mu umilić dzień.
   - Ja nawet wiem jak. – zaśmiałam się.
   - Tobie tylko takie rzeczy w głowie smarkaczu jeden!
   - Jestem starsza od ciebie o dwa miesiące! – oburzyłam się, po czym zaczęłam się śmiać razem z rudowłosą.
   - Uciekam. Odezwę się potem.
   - Ucałuj Kierana. Pa. – nacisnęłam dotykową czerwoną słuchawkę i rzuciłam komórką na kanapę. Reality Show się skończył więc nie miałam za bardzo co robić. Może odrobię matmę? Niee!
  Wstałam i zastanawiając się jak wytłumaczę brak swojej pracy domowej przed Panem Fignusem, udałam się na górę. Dopracowywałam właśnie wymówkę na temat pracy domowej, kiedy zorientowałam się, że stoję przed drzwiami pokoju gościnnego na II piętrze. Pokoju, który był zajęty przez nikogo innego jak Zayna. Pokoju, gdzie znajdujdowały się wszystkie jego rzeczy. Od płyt po ubrania przesiąknięte jego cudownym i roznoszącym się wszędzie za nim zapachem. W tym pokoju znajdowały się jego wszystkie rzeczy prywatne.
   Nie mogę tam wejść.
   Chociaż z drugiej strony, to mój dom!
   Ale nie mój pokój.
   No i co z tego?
   Nie jestem pieprzoną egoistką.
   … a może i jestem?
   Nie ! Nie jestem!
   Kiedy przekonałam samą siebie w myślach, że nie chcę tam wejść moja dłoń leżąca już dawno na klamce opadła w dół, w efekcie otwierając drzwi pokoju Malika.
   Nie zamyka drzwi, prychnęłam. Naiwniak!
   Najciszej jak mogłam, bojąc się wykonać jakiegoś głośnego dźwięku, mimo, że byłam sama weszłam do pokoju. Dym papierosowy od razu wdał mi się we znaki, uświadamiając mi, że mój nowy współlokator jest palaczem. Skrzywiłam się domykając drzwi. Pokój był przesiąknięty aromatem nikotyny. Załączyłam światło, ponieważ w pokoju panowały egipskie ciemności, głównie za sprawą zaciągniętych jeszcze zasłon. Otwarta szafa skąd zwisały porozrzucane ubrania była niżem porządkowym z porównaniem łóżka. Mama zawsze dbała o wygodę i świeżość pokoju gościnnego, ponieważ świadczyło ono o właścicielach. Gdyby zobaczyła zabrudzoną pościel od popiołów nikotynowych, pogniecione prześcieradło jak i porozrzucane na łóżko pomiętolone kartki dostałaby szału. Ale mnie ten „nieład artystyczny” nie przeszkadzał. Kruczowłosy nie zabrudził pokoju – tego nie można mu było zarzucić. On go urządził w swoim stylu.
   Omijając, jak podejrzewam przepocone podkoszulki leżącą na podłodze, podeszłam do łóżka. Przełknęłam ślinę wdychając ten cholerny dym. Że też musi palić!
  Kaszlnęłam spuszczając głowę do tyłu. Podnosząc ją, moją uwagę przykuły zgniecione kartki papieru leżące na prawie całym łóżku. Bez zastanowienia chwyciłam pierwszą z brzegu i odwinęłam ją. Kiedy tylko zawartość kartki ukazała mi się w pełnej krasie, zamarłam.
   Zamarłam z zachwytu. To co widziałam było piękne. Nie, piękne to za słabe określenie na ten wyczyn. Na zgniecionej kartce widniał obrazek, a raczej szkic opadającego pióra. Rysy ołówka były mocne, akcentując każdy najdrobniejszy element tej pięknej pracy.
  Nadal zachwycona szkicem, odłożyłam go ostrożnie na bok, po czym chwyciłam najbliżej leżący mnie kolejny zgnieciony papier. Obramowane długimi, przycieniowanymi rzęsami, oko sprawiało wrażenie autentycznego jak u człowieka. Posiadało wszystko. Od zaznaczenia białka, po tęczówkę za sprawą różnego akcentowania ruchem ołówka. To było … cudowne.
   - Dobrze się bawisz? – kiedy usłyszałam ten głos odskoczyłam jak oparzona od łóżka, upuszczając szkic. Starając się zachować spokój, przeniosłam wzrok na drzwi, w których stał Malik ze skrzyżowanymi rękoma na piersi. Na jego twarzy malowało się wzburzenie i wściekłość. Piorunujące mnie wzrokiem, czekoladowe tęczówki nie zapowiadały nic dobrego.
   - Ja tylko ..
   - Tylko grzebałaś w moich rzeczach. – wszedł mi w słowo. Przemawiała przez niego czysta wściekłość. Zagryzłam dolną wargę i spuściłam wzrok na podłogę.
   - Posłuchaj no dziewczynko – warknął chłopak podchodząc do mnie, niebezpiecznie blisko. Czułam jego oddech na swoim czole. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie wiem czy z powodu strachu przed nim czy z powodu jego bliskości.
   - Jak jeszcze raz zobaczę, że grzebiesz w moich rzeczach, to obiecuję Ci blondyneczko, że pożałujesz tego! – krzyknął. Nie zdziwiłam się, że na mnie krzyknął. Był wściekły, bo grzebałam w jego prywatnych rzeczach. Zdziwiło mnie to, że zrobiło mi się z tego powodu przykro. Jakby zaczęło mnie … gryźć sumienie.
   - To mój dom. – powiedziałam cicho, jednak na tyle głośno, aby stojący blisko mnie kruczowłosy mógł to usłyszeć. Myślałam, że znowu na mnie krzyknie, jednak nie. Zaśmiał się. Zaśmiał się ze mnie, po czym brutalnie uniósł moją twarz za podbródek tak, abym patrzyła mu w oczy.
   Czekoladowe tęczówki cisnące we mnie piorunami przyprawiały mnie o dreszcze i skok ciśnienia. A świadomość, że prawie stykamy się nosami sprawiała, że moje serce biło jakieś pięć razy szybciej na sekundę niż w normie. Powinnam się bać, a byłam wniebowzięta. Oczarowana jego urodą i spełniona jego dotykiem.
  London! – skarciłam się w myślach, z trudem skupiając się na czymś innym niż czekoladowe tęczówki. – On Cię nie cierpi, a ty nie cierpisz jego.
   - Słuchaj dziewczynko. – rzucił ostro, biorąc głęboki wdech. – Aktualnie dzielimy ten twój kurwa uroczy domek i nie życzę sobie, żebyś grzebała w moich rzeczach!
   - Kim ty jesteś, że będziesz mi mówić co mam robić. – miało to być oschłe pytanie, jednak dzięki moim mieszanym uczuciom oznajmiłam mu moją dezorientację i frustrację.
   - Powiedziałem Ci już. – zamrugał oczami. – Twoim opiekunem.
   - Nikt Cię o to nie prosił. – nadal starałam się uformować mój głos jak na niezależną i nie przejmującą się nim, kobietę. Jak na razie z marnym skutkiem.
   - Nie będę się z tobą wykłócał. – westchnął. – Wynoś się stąd.
   - Sama zamierzałam wyjść. – warknęłam, chociaż na ostatniej sylabie zadrżał mi głos. Mojego współlokatora chyba to usatysfakcjonowało. Tak przynajmniej mówił mi jego nagle pojawiający się chytry uśmieszek.
  Skierowałam się do wyjścia z zamiarem opuszczenia pokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i zbiegłam szybko po schodach na dół. Kiedy znalazłam się w kuchni wzięłam magnez i popiłam go wodą. Coś ze mną było nie tak. Tylko nie widziałam co.
  Zachwyt.
  Wściekłość.
   Szczęście.
   Pogarda.
   Czułam tyle rzeczy na raz. Tyle negatywnych i pozytywnych aspektów uczuć. Nie wiedziałam co przyporządkować do czego. Byłam w kropce. Dezorientacja na pierwszym miejscu. A zaraz po niej niedosyt.
   - Nawet nie próbuj zgrywać pokrzywdzonej przez los. – z zamyśleń wyrwał mnie ten … pieprzony kryminalista. Spojrzałam na niego chcąc wyrzucić go stąd, jednak zaintrygował mnie fakt, że chłopak zmienił bluzkę.
   - Wybierasz się gdzieś? – w końcu miałam prawo wiedzieć.
   - Tak. – mruknął od niechcenia. – Niech Ci do głowy nie przyjdzie gdzieś wychodzić.
   Obdarzył mnie jeszcze wściekłym spojrzeniem i opuścił dom zatrzaskując za sobą drzwi. Chciałam wykrzyczeć wszystkie wyzwiska przychodzące mi do głowy, jednak co by mi to dał?  Zastanawiałam się jednak gdzie on poszedł? Przyjechał tu wczoraj i niemożliwe jest, żeby już się z kimś zaznajomił. Jest tu zaledwie dwa dni. I to na dodatek wczoraj był jeszcze pod okiem mojej mamy cały dzień. Więc gdzie on poszedł?
   Wepchnęłam komórkę do kieszeni spodni i narzuciłam na siebie brązową bluzę wiszącą na wieszaku. Nie pomyślałam nawet, żeby włożyć bieliznę wyszczuplającą, dlatego nałożyłam kaptur na głowę i wybiegłam z domu. Zauważyłam, że parę metrów dalej ode mnie, Malik wsiada do taksówki. Bez wahania wsiadłam do mojego auta i odpaliłam silnik. Wyjeżdżając na wstecznym wyjechałam na drogę po czym nie odrywałam wzroku od taksówki. Jechałam jedno auto za, w obawie, aby Malik mnie nie zobaczył. Modliłam się, aby nie poznał mojego samochodu. Musiałam się dowiedzieć, gdzie on jedzie, a to utrudniłoby mi bardzo sprawę.
   Po jakiś dwudziestu minutach jazdy dotarliśmy na jakąś „ciemną” ulicę. Mimo, że dochodziła szesnasta niebo było ciemne, głównie za sprawą zachmurzenia i ponurego deszczu, który tutaj nie był nowością. W końcu taksówka stanęła przed jakimś budynkiem z jasno święcącym szyldem. Wytężyłam wzrok, aby przeczytać nazwę budynku. „Night House”! Parsknęłam histerycznym śmiechem. Burdel! Czemu mnie to nie dziwi?
   Upewniłam się, że Malik mnie nie widzi i wyszłam z samochodu próbując nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Ignorując zbereźne komplementy skierowałam się do tylnego wejścia, którym przed sekundą wszedł Malik. Pociągnęłam za ciężkie metalowe drzwi i znalazłam się w małym pomieszczeniu, z dwoma wejściami, z których zwisały paciorkowe zasłonki. W powietrzu unosił się okropny aromat różnych mieszanin ( w tym nikotyny ) a z głośników dudniła głośna i nie sprzyjająca moim uszom muzyka. Wyjrzałam przez pierwsze wejście i od razu zrezygnowałam udanie się w te stronę kiedy ujrzałam dwuznaczną sytuacją między klęczącą kobietą a wyprostowanym mężczyzną. Ohyda!
   - Zabiję Cię kurwa! – ciężki baryton przygłuszył muzykę i naprowadził mnie na nowy trop w postaci drugiego wejścia. Bez zastanowienia udałam się wąskim korytarzem i sekundę później stanęłam przed lekko uchylonymi drzwiami. Zauważyłam jak jakiś potężny, łysy mężczyzna przytrzymuje do ściany Zayna, który zamiast okazać skruchę czy coś, uśmiechał się szyderczo. Dopiero po chwili kiedy zabrakło mi powietrza uświadomiłam sobie, że wstrzymałam oddech.
   Umięśniony, łysy mężczyzna z bezwzględną miną i wściekłym spojrzeniem przygważdżał Malika do ściany, a ten śmiał mu się jeszcze w twarz. Co to wszystko miało znaczyć?
   - A ja specjalnie dla ciebie przyjechałem. – prychnął czarnowłosy pogardliwie. – A ty mnie już chcesz zabić, no ale cóż. Przyzwyczaiłem się.
   - Nie wkurwiaj mnie Malik! – ryknął mężczyzna.
   - Za późno Conez. – odparł Zayn. Uzmysłowiłam sobie, że siłacz musi się zwać Conez. – Odkąd się poznaliśmy, wkurwiam Cię.
   - Jeszcze jedno słowo, a Cię zabiję. – ostrzegł go.
   - W takim razie. – chłopak uśmiechnął się cynicznie po czym opluł własną śliną Coneza w twarz. Ten warknął wściekłe i z całej siły uderzył mojego współlokatora w twarz. Spuściłam głowę z zamiarem ucieczki, kiedy moim tęczówkom błysnęło coś czarnego przed oczami. W niewielkiej wnęce na ścianie wyrastało coś czarnego z podłużnym zakończeniem. Bez zastanowienia czy jakiegokolwiek pomyślunku sięgnęłam tam ręką, błagając Boga, aby moje bransoletki nie zadźwięczały i pochwyciłam owy przedmiot w ręce wyciągające go przed siebie.
   Broń.
   Czarny, połyskujący pistolet, który za sprawą jednego strzału mógłby odebrać komuś życie, tak jak na przykład Conez Malikowi w tej chwili. Uświadomiłam sobie, że tym razem mama sprowadziła prawdziwego i niebezpiecznego bandytę do domu, a moje określenia „kryminalista” względem jego były słuszne. Zayn Malik, nowy opiekun mojej mamy, który obecnie mieszkał ze mną sam na sam był niebezpiecznym, aroganckim i głupim skazańcem, powiązanym z burdelami, tępymi osiłkami pragnącymi jego śmierci i broni.
   W tym momencie wszystkie moje fantazje dotyczące jego osoby tak jakby wyparowały. Wyparowały tak szybko jak się pojawiły.
   - Nie masz pojęcia jaką mam ochotę Ci rozjebać ryj. – syknął Conez, a ja na dźwięk jego głosu wzdrygnęłam się. Nie uzmysławiając sobie nawet, że nadal trzymie tę cholerną broń w dłoni, wyjrzałam przez drzwi. Malik miał rozwalony nos z którego ciekła mu krew, jednak nawet to nie zdjęło mu tego kpiarskiego uśmieszku z jego pięknej twarzy.
   To kryminalista London!
   - Nie krępuj się. – rzucił wesoło Zayn. – Ale i tak tego nie zrobisz bo się boisz cioto. Ty się wszystkiego boisz kurwa!
   Kruczowłosy ledwo wypowiedział te zdanie, a Conez przyłożył do jego gardła połyskujący, srebrny nóż. Malik od razu spoważniał i pobladł. Jego kolor skóry nie różnił się prawie niczym od koloru ściany do której był przypierany.
   - Boję się? – warknął osiłek. – No to kurwa zobaczymy!
   Ugodził nożem ramię Zayna, a ten syknął z bólu. Na jego twarzy malowała się rozpacz, obawa i niewiarygodny ból. Conez zaczął się śmiać po czym wyciągnął nóż z ramienia Malika – cały umoczony w krwi. Przejechał nim lekko po jego gardle po czym zrobił mu nacięcie na policzku. Z tego miejsca posączyła się krew a Zayn ledwo stłumił krzyk.
   - Kurwa pójdę za to siedzieć, ale teraz Cię wykończę! – krzyknął mężczyzna. Uniósł wysoko nóż i już miał go zatopić w klatce piersiowej Zayna, kiedy …
   … on nikim dla mnie nie jest. Ale…
   Znamy się niespełna dwa dni, a czuję, jakbym mogła powiedzieć mu o wszystkim bo mówimy tym samym językiem. Mimo wyzwisk czuję do niego sympatię, która powinna być zastąpiona nienawiścią. Co chwila fantazjuję o nim i jego boskich czekoladowych tęczówkach. Ale on jest dla mnie nikim …
   … kiedy zorientowałam się, że moje palce pociągnęły za spust wymierzony prosto w umięśnionego mężczyznę.

 ___________________________

  Rozdział trzeci po miesiącu nieobecności tutaj. Mam nadzieję, że nowy rozdział was zadowoli. Jak widzicie nie będzie to kolejna cnotliwa opowieść o idealnej miłości. Mam ogromne plany z tą historią dlatego oczekuję waszej opinii.
Mam nadzieję, że docenicie mój trud i skomentujecie rozdział :)
Isiia.