środa, 10 lipca 2013

Chapter - One

  
     Zajęcia ze sztuki zawsze były nudnymi lekcjami, z których i tak nic nie wynosiłam. Na nieszczęście, to właśnie ta godzina zajęć, oddzielała mnie od wspaniałych dni rzeszkości i wolności, zwanymi weekendem. Jeszcze kilkanaście minut, pocieszyłam się w myślach, leżąc głową na ławce, bawiąc się kosmykiem moich blond włosów. Pan Chaserson, opiekun tego przedmiotu, chociaż on sam nazywał siebie Mistrzem Szkolnej Sztuki, rysował na ciemnozielonej tablicy, jakieś bohomazy, mające przedstawiać znaczniki łączące abstrakcję z nieładem artystycznym na szkicowniku. Komu to w życiu potrzebne, zapytałam samą siebie w tym samym momencie, kiedy na mojej ławce, centralnie przed moimi intensywnie zielonymi tęczówkami, wyrósł pozgniatany w kulkę, papierek. Wyprostowałam się i rozwinęłam papierek :

„ Do końca zostało dziesięć minut, a Chaserson jeszcze się dzisiaj, nie zdenerwował. Chyba nie wypada zostawić go tak spokojnego na weekend ?
Kieran z Polly xoxo”

   Odwróciłam się na tyły klasy, gdzie znajdowała się para moich najlepszych przyjaciół. Kieran huśtał się zwinnie na krześle, opierając swoje wyprostowane nogi o blat ławki. Jego  rozczochrane włosy w odcieniu ciemnego brązu idealnie współgrały z tym kpiarskim uśmieszkiem dominującym na jego przystojnej twarzy o śniadej karnacji. Chłopak miał na sobie czarny podkoszulek, i przetarte jeansy. Ich nogawki były wepchnięte, w czarne, lekko zabłocone glany, które były podstawowym obuwiem Kierana, zwłaszcza kiedy jeździł na swojej srebrnej Hondzie. Przeniosłam wzrok na dziewczynę siedzącą obok niego. Rudowłosa piękność z spiralami na głowie, opadającymi jej do ramion, nazywała się Polly. Jej szare tęczówki wprawiały w zachwyt każdego rozmówce, mającego z nią kontakt wzrokowy. Wystające kości policzkowe, które były dużym atutem jej twarzy, podkreślała zawsze różowym pudrem. Długi wachlarz rzęs pokrywała grubą ilością tuszu, aby ukryć kolor rzęs, jednoznaczny z jej kolorem włosów. Polly miała figurę tak zwanej „klepsydry”, której zazdrościła jej każda dziewczyna. Obfity biust, wcięcie w talii, obramujące jej płaski brzuch, oraz zgrabny aczkolwiek pokaźny tyłek były przyczyną, stawiania Polly w centrum zainteresowania. Dziewczyna malowała swoje paznokcie, a z jej twarzy nie schodził, podobny do jej chłopaka, chytry uśmieszek. Kieran i Polly byli parą już rok i dzięki tym samym wybuchowym charakterom oraz chęci prowadzenia życia nocnego, nic nie zmierzało ku rozpadowi temu związku.
   Posłałam przyjaciołom łobuzerski uśmiech, który miał oznaczać, że zgadzam się na pomysł Kierana na rozzłoszczenie naszego Mistrza Szkolnej Sztuki. Nie miałam zielonego pojęcia co chłopak kombinował z rudowłosą, ale mogłam być pewna, że będzie niezłe widowisko. Kieran wstał i odchrząknął głośno, na co nauczyciel odwrócił się i spojrzał na niego, nasuwając na nos okulary.
   - Coś nie tak, Panie Wilson ? – zapytał nauczyciel, mojego przyjaciela, który uśmiechnął się szeroko.
  - Wie Pan, ostatnio gdzieś przeczytałem, że tylko głupie i obłąkane osoby stoją cały czas w jednym pomieszczeniu. Wie Profesor cały czas stoją. – wzruszył ramionami, a nauczyciel potraktował go zdezorientowanym spojrzeniem. – Wie Psor, nie chciałem, żeby Pan sam stał, więc się dołączam !
   Cała klasa momentalnie się zaśmiała, a do nauczyciela sztuki dotarło, że Kieran nazwał go głupim i obłąkanym. Otworzył usta, aby coś powiedzieć, jednak Polly podeszła do niego i chwyciła za policzki, rozciągając jego pomarszczoną już skórę.
   - Mówiłam już Panu, że krem na zmarszczki to żadna zbrodnia. – spoliczkowała go lekko, pozostawiając na jego czerwonej twarzy, lakier do paznokci, który śmiesznie wyglądał z jego teraźniejszą barwą twarzy. Chaserson był wściekły. Odliczałam sekundy, aż wybuchnie.
   - Dosyć ! Wilson ! Boomez ! Do Dyrektora, ale już ! Wynocha ! – wskazał ręką na drzwi, a Polly zawyła teatralnie z przerażenia, po czym udawała, że słabnie. Kieran chwycił ją w pasie i zaczął szlochać. Cała klasa krztusiła się od śmiechu.
   - Powiedziałem, wynocha z moich zajęć ! – krzyknął wściekły Chaserson, a chwilę po tym rozległ się dźwięk dzwonka. Polly wyprostowała się i wrzuciła jakieś notatki do swojej designerskiej torebki, wysadzanej ćwiekami. Kieran przerzucił swój czarny plecak przez ramię, obejmując ramieniem rudowłosą.
   - Pańskie życzenie jest dla nas rozkazem. – powiedział Kieran i z łobuzerskim uśmiechem oddalił się od zdumionego i wściekłego nauczyciela, obejmując mocno Polly. Kiedy podeszli do mnie przybiłam im piątkę i opuściliśmy klasę, kierując się na zatłoczony korytarz, gdzie co chwilę ktoś próbował się przełamać i powiedzieć najpopularniejszej trójce – czyli nam – zwykłe „cześć”. Z początku nas to śmieszyło, jednak teraz drażniło. Co chwilę przerywać konwersację, żeby odpowiedzieć jakimś dzieciakom „cześć”, bo one w ten sposób przełamują swoją nieśmiałość. Masakra.
   Kiedy znaleźliśmy się na szkolnym parkingu, usiadłam na masce mojego samochodu. Czerwona Alfa Romeo Guilia budziła zachwyt w Cardiff. Polly poszła w moje ślady, a Kieran przykucnął przy swojej ukochanej hondzie, zapalając papierosa.
   - London, kiedy rodzice wybywają ? – zapytał mnie Kieran. Spojrzałam w jego stronę, modląc się w duchu, aby dym nikotynowy nie przedostał się do mojego nosa. Nienawidziłam papierosów.
   - Mama dzisiaj ma przyjechać z Bradford, a tata na razie nie planuje żadnych delegacji, więc przez najbliższy okres czasu, jestem pod nadzorem rodziców. – mruknęłam i włożyłam miętową gumę do ust, częstując Polly.
   - Czyli nie będzie Cię dzisiaj u Mark`a na domówce ? – zagadnęła Polly.
   - Nie. – pokręciłam głową. – A poza tym, jego imprezy i tak kończą się interwencją Policji po 23, więc ? – wzruszyłam ramionami. Mark Stevens urządzał świetne imprezy, ale nigdy nie potrafił prowadzić ich dłużej, niż trzy godziny, ponieważ Policja miała obchód jego ulicy w każdy piątek, a poza tym chłopak był już notowany kilkakrotnie za zagłuszanie spokoju, po ciszy nocnej. A sam Mark był dupkiem z wysoką samooceną.
   - Tak, ale trzeba się pokazać, na salonach, nie ? – Polly szturchnęła mnie lekko w żebra. Zaśmiałam się. Rudowłosa zeskoczyła z maski samochodu, podchodząc do swojego chłopaka, który trzymał dla niej kask.
   - Ale jutro Cię porywamy, mała. – powiedział Kieran i usiadł na motorze, czekając aż Polly obejmie go mocno w pasie.
   - Mała to może być twoja pała Kieran ! – rzuciłam rozbawiona, a chłopak jako odpowiedź odpalił silnik i potężna maszyna opuściła w błyskawicznym czasie teren parkingu. Wywróciłam oczami, po czym zeskoczyłam z maski i usiadłam w samochodzie. Włączyłam radio i odpaliłam silnik, mojego auta. Fałszując z Carly Rae Jepsen, wyjechałam z parkingu, kierując się na skrzyżowanie przy Aleen Street. Na szczęście, trafiłam na zielone światło, przez co zaoszczędziłam piętnaście minut stania na światłach. Dochodziła czternasta po południu, więc mnóstwo osób spacerowało po Cardiff.
   Cardiff było obszernym miastem, leżącym na wybrzeżu Anglii. Można powiedzieć, że każdy znał tutaj każdego, mimo, że miasto było spore. Jeżeli mieszkali tu twoi dziadkowie to spokojnie mogli opowiadać jak to gonili rodziców twoich przyjaciół, za niszczenie mienia czy czegoś tam. Jednakże, ogromną zaletą tego miasta był fakt, że nie lubiano tu plotek ! Wydaje się, niemożliwe, a jednak mieszkańcy Cardiff uważali, że każdy ma swoje życie, które przeżywa sam. I najlepiej przeżyć je bez zbędnych komentarzy ze strony innych osób. Nie plotkowaliśmy. Woleliśmy mówić sobie co myślimy prosto w twarz – akurat ten sposób był dość popularny w gronie moich rówieśników, ale dorośli czasami też go stosowali. Żyć nie umierać, jak to mówiła moja, Świętej Pamięci, ciotka Vivien. Każdy w Cardiff interesował się swoim życiem. A to co myślał o innych, zostawiał w swojej głowie, bądź mówił to komu trzeba, w twarz. Masz rację, Ciociu Vivien ! Żyć, nie umierać w Cardiff.
   Zaparkowałam na podjeździe i wyszłam z samochodu. Moim oczom stanął duży, dwupiętrowy dom w odcieniu kawy z mlekiem. Czarne okiennice wpasowywały się razem z czarnym dachem, a świeży, zielony bluszcz, wił się wzdłuż dachu, obrastając dookoła okno, które należało do mojej sypialni.
   Przekręciłam zamek w drzwiach, zdając sobie sprawę, że tata był jeszcze w pracy i weszłam do domu. Zdjęłam kurtkę i odwiesiłam ją na wieszaku. Już chciałam iść do swojego pokoju, który mieścił się na pierwszym piętrze, kiedy usłyszałam dźwięki dochodzące z telewizora, znajdującego się w salonie – sercu naszego domu. Pewnie, tata nie wyłączył telewizora, pomyślałam i zrzuciłam torbę, na schody, kierując się do pomieszczenia. Przekroczyłam próg salonu i sparaliżowało mnie. Wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że na białej, skórzanej sofie, do której znajdowały się głównie wszelkie dodatki pomieszczenia, w tym samym odcieniu, leżał jakiś chłopak. Pierwsze co zakodowałam, to to, że chłopak miał krótkie i czarne jak smoła włosy, nastroszone lekko i sterczące w każdą stronę, tworząc zabójczy efekt z tyłu. Już miałam się go zapytać, czy on domów nie pomylił, kiedy do salonu wparowała moja mama, ze stertą ułożonych papierów.
   - To wszystko co udało mi … O London, kochanie ! – moja rodzicielka zauważyła mnie i odłożyła papiery na stół, po czym podeszła mnie przytulić. Odwzajemniłam niepewnie jej uścisk, kątem oka obserwując chłopaka. Ani drgnął ! Wpatrywał się w ten cholerny telewizor, nie zwracając uwagi na mnie, czy choćby na moją mamę !
   - Myślałam, że wrócisz dopiero wieczorem ?
   - Przyleciałam godzinę temu. – oznajmiła mi z ogromnym uśmiechem, głaszcząc moje włosy. Moja mama, Chelsea, była wysoką blondynką, z czarnymi pasemkami, sięgającymi od czubka jej głowy. Była szczupłą kobietą po trzydziestce, z błękitnymi oczami i szerokim uśmiechem. Tak samo jak, ja miała jasną cerę, przez co mogło się jej zarzucić, że chorowała na jakąś chorobę, albo była duchem. Jeżeli chodzi o osobowość mojej matki, jest ona trochę skomplikowana. Z pozoru jest miła, kochająca i troskliwa, ale kiedy mieszka się z nią pod jednym dachem siedemnaście lat, można się szybko przekonać, że moja mama bardzo poważnie oddaje się opisowi w tych słowach. A tak poważnie, to moja mama jest strasznie nadopiekuńcza i wymagająca. Zawsze stara się, aby miała wszystko czego mi trzeba, ale zawsze stawiając mi jakieś ultimatum, albo mały szantaż. Uważa, że to najlepszy sposób, aby nauczyć mnie dorosłego zachowania. Szkoda tylko, że nie stosuję się do jej metod wychowania, kiedy wyjeżdża do pracy. Otóż moja mama, tak jak ona sama, ma dziwną pracę. Przygotowuje jak i bierze pod opiekę młodzież, która skończyła osiemnaście lat, aby przygotować ich przed wyrokiem sądowym. W innym tłumaczeniu, nastolatki, którzy nie odsiedzieli pełnego wyroku w poprawczaku, a skończyli osiemnaście lat, staną przed sądem, a w tym czasie moja mama ma ich jak najlepiej przygotować do roli porządnego obywatela, umiejącego przekonać Sąd najwyższy do swojej skruchy. Oficjalnie mama nazywana jest w pracy „Pastorem Pokolenia”, ale ja wolę ją nazywać „Bo w spożywczaku nie chcieli ekspedientki ?”. Często kłócimy się z mamą o jej pracę, ponieważ jej częste wyjazdy jak i sprowadzanie obcych, obleśnych, okropnych, trudnych, nie mających za grosz kultury czy skruchy skazańców, przyprawiają mnie o szał ! Jednakże, wiele zawdzięczam mamie i cieszę się każdą możliwą minutą spędzoną z nią.
   - Kto to ? – zapytałam, wskazując podbródkiem na nieznajomego, który leżał sobie w najlepsze na kanapie.
   - Zayn, pozwól tu na chwilę. – moja rodzicielka zwróciła się do chłopaka, który nie ruszył się z miejsca. Ładne imię, Zayn, pomyślałam, ale od razu się skarciłam. Pewnie jakiś dupek z pryszczami !
   - Zayn, podejdź proszę do mnie ! – ponowiła swoją prośbę mama tylko, że o ton głośniej. Kruczowłosy westchnął i leniwym ruchem podniósł się z sofy, podchodząc do nas. Kiedy stanął kilka kroków przede mną, poczułam jak nogi mi miękną pod wpływem tego co widzę. Chłopak tak jak myślałam, miał czarne włosy, które sterczały każdy w inną stronę, tworząc artystyczny nieład. Dłuższe końcówki okalały jego twarz o śniadej karnacji. Jego zarys twarzy przyprawiał mnie o dreszcze, a kilku dniowy zarost sprawiał, że chłopak wyglądał groźnie, męsko, ale też seksownie. Miał na sobie czarny podkoszulek z rękawami 3\4 spod których widniały tatuaże wijące się wokół jego rąk. Czarne spodnie, kontrastowały z białymi, zabrudzonymi conversami. Jednak to nie jego ubrania, zarost, zmierzone włosy czy ręce włożone w tylne kieszenie spodni, zrobiły na mnie takie wrażenie. Nie. Odpłynęłam totalnie pod urokiem jego dużych, wyrazistych czekoladowych tęczówek, obramowanych przez długi wachlarz czarnych rzęs. W życiu nie widziałam takiego spojrzenia …
   - Zayn, poznaj moją córkę London. – przedstawiła mnie mama, kruczowłosemu. – London, to Zayn Malik. Mój nowy podopieczny.
   - Hej. – mruknęłam, zawstydzonym głosem. Jeju, ja się zawstydziłam ?! Ja popularna, odważna London Evander, zawstydziłam się przed chłopakiem ? I to jeszcze jakimś z poprawczaka ?! Najdziwniejsze jednak było to, że nie potrafiłam zapanować nad rytmem mojego serca, które miało wypaść z piersi. – Miło Cię poznać. – dodałam odważniej. Ku mojemu zdziwieniu chłopak posłał mi tylko nie przyjemny grymas. Jego  wyraziste i pełne usta nie miały najmniejszego zamiaru, ułożyć się, aby mi odpowiedzieć.
   - London, kochanie, słuchaj. – zwróciła się do mnie mama, przerywając ten niezręczny, i jak dla mnie irytujący moment. – Zayn i ja mamy przed sobą mnóstwo pracy i musimy mieć ze sobą najczęstszy kontakt, więc on zamieszka z nami na najbliższe kilka tygodni.
   - Mówisz tak przy każdym. – wspomniałam. Kolejny dziwak z poprawczaka, będzie mi się pałętał po domu. Jedyną różnicą było to, że ten dziwak był całkiem ładny. I seksowny.
   - Wiem, ale wolę Cię uprzedzić. – uśmiechnęła się zachęcająco, a ja starałam nie patrzeć w stronę kruczoczarnego, który lustrował mnie wzrokiem. Oglądał każdy milimetr mojego ciała. – Zayn zajmie pokój gościnny, na drugim piętrze.
   - Ale tam jest remont łazienki, prawda ? – przypomniałam sobie, a mama lekko się speszyła.
   - Właśnie, będziesz musiała wypożyczyć łazienkę, koledze. – mruknęła cicho.
   - Może oddam mu mój pokój, co ? – zapytałam oschle, gdy tak naprawdę, zrobiłabym z tą chęcią. W sumie to mogłabym dzielić z nim ten pokój i …
   London, opanuj się, skarciłam się w myślach. Kolejny ładny chłopak z ładną buźką i okropnym charakterem ! Ignoruj go !
   - To tylko na kilka tygodni. – usprawiedliwiła się mama. Wzniosłam oczy ku niebu. Odwróciłam się od nich, czując jak chłopak nadal obserwuje mnie w całości. Uśmiechnęłam się sama do siebie, i wzięłam torbę kierując się do swojego pokoju. Niech ten głupi uśmieszek, zniknie mi  z twarzy, warknęłam na samą siebie w myślach.
   - Łazienka po dziewiątej wieczorem jest tylko i wyłącznie do mojej dyspozycji ! – warknęłam oschle i nie czekając na odpowiedź, zaszyłam się w swoim królestwie, przez które za niedługo będzie przechodzić „Pan Pruderyjny”.
  Uświadomiłam sobie, że kiedy o nim pomyślałam, tupnęłam mocno nogą, jak te dziewczyny w tych głupich serialach ! Jeju, dlaczego mi tak szybko bije serce ?! Próbując uspokoić dynamiczny rytm mojego serca, przykładając rękę do lewej piersi, myślałam o czekoladowych tęczówkach mojego nowego współlokatora.
   No co jest cholera ?


____________________________________

Mam nadzieję, że nowa historia wam się spodoba tak jak mnie. Zapraszam do zapoznania się z fabułą i bohaterami.

Isiia.