poniedziałek, 9 czerwca 2014

Coś nowego...?


Chciałabym was serdecznie zaprosić na mojego nowego bloga, który, mam nadzieję, uda mi się doprowadzić do końca. Zawaliłam z ostatnim za co bardzo was przepraszam. Miałam kilka swoich prywatnych spraw i nie miałam już weny na kontynuację. Byłam na siebie niesamowicie wściekła, wy pewnie też, ale DUMB LOVE jest dla was małym wynagrodzeniem. Widnieje już prolog, więc zapraszam do czytania! Jest ktoś jeszcze w TeamIsiia? Huehuehueeh, ale nazwa xDDDD

czwartek, 17 kwietnia 2014

Chapter - Nineteen [ EPILOGUE ]



- TRZY LATA PÓŹNIEJ -   


   Pub nie był specjalnie zatłoczony, ale nie mogłam powiedzieć, że był opustoszały. Przy barze razem ze mną siedziały dwie dziewczyny sączące swoje drinki z kolorowymi palemkami. Z drugiego końca baru, opierał się jakiś starszy mężczyzną z źle przystrzyżonym zarostem na jego zmęczonej twarzy. Przed nim widniał nietknięty kufel piwa. Musiał być naprawdę wykończony skoro nie upił ani jednego łyka.
   Obróciłam się do tyłu zarzucając moimi ciemno blond włosami na plecy. Poprawiłam je przekładając na lewe ramię, aby nie zasłaniały mojej prawej, nagiej łopatki odkrytej przez wycięcie w kusej, czarnej bluzce. Zrzucenie tych zbędnych kilogramów pod koniec szkoły średniej było najlepszym posunięciem w moim życiu. Uniosłam wzrok na stół bilardowy otoczony czwórką wysokich chłopaków, z tak samo śmiesznie poburzonymi włosami. Wśród nich ujrzałam Nate`a opierającego swój podbródek o zgrabny, jasnobrązowy kij. Kiedy tylko mnie zobaczył uśmiechnął się szeroko i posłał buziaka w powietrzu. Zachichotałam pod nosem, wracając z powrotem do mojego drinka.
   Razem z Natem i jego kumplami postanowiliśmy się wybrać do pubu, ponieważ chłopcy byli spragnieni gry w bilard. Przyszła z nami również, jedna z dziewczyn przyjaciela mojego chłopaka, Stefanie, ale aktualnie utknęła w toalecie z typowymi, kobiecymi problemami zostawiając mnie na tę chwilę samą.
   Upiłam łyka mojej brandy, zastanawiając się kiedy Nate skończy grę i wróci do mnie. Wiem, że byłam samolubna, ale miałam ochotę wyszarpać go z rąk jego kumpli i zabrać do domu, gdzie wtuliłabym się mocno w niego i całowała płatek jego ucha. Uwielbiał kiedy moje wargi muskały go w tym miejscu.
   - Ładny tatuaż.
   - Dziękuję – odburknęłam. Obróciłam się od niechcenia do tyłu i uniosłam wzrok, momentalnie wstrzymując oddech.
   Stał sobie przede mną jak gdyby nigdy nic. Jego cyniczny, a zarazem najpiękniejszy uśmiech na całej cholernej ziemi widniał na jego słodkich wargach. Czekoladowe oczy lustrowały moją sylwetkę. Iskierki odbijały się od nich z wyrazem.
   Stał sobie przede mną jak gdyby nigdy nic z włożonymi rękoma do kieszeni ciemnych spodni, opinających jego długie spodnie. Jasna koszula spod której prześwitywały ciemne malunki zdobione jego klatkę piersiową oraz ramiona luźno zwisała na jego umięśnionym torsie.
   Stał sobie przede mną jak gdyby nigdy nic. Jak by nic nigdy się nie stało.
   Stał sobie przede mną.
   Stał sobie.
   On.
   - Wykonałem kawał dobrej roboty, nie uważasz? – Zajął krzesełko barowe tuż obok mnie, po prawej stronie i zamówił sobie kieliszek whiskey. Spoglądałam na niego spokojnie, naturalnie podczas, gdy w środku poziom mojego zaskoczenia osiągnął maksimum.
   - Z tatuażem, owszem – powiedziałam, spuszczając wzrok. Obróciłam głowę i utkwiłam spojrzenie w moim drinku. Czy ja śnię? Śnię na jawie, tak?
   - Nie sądziłem, że będziesz studiować – wydukał po chwili. – A tym bardziej nie spodziewałbym się, ze wylądujesz w Nowym Jorku.
   - Chciałam się urwać z Florydy. Nie była dla mnie – wyjaśniłam, obracając w dłoniach kieliszek z alkoholową cieczą. – Było definitywnie za ciepło.
   - Niestety dla nas, Brytyjczyków wysokie temperatury są nie do zniesienia – zaśmiał się cicho, brzmiąc na bardzo pewnego siebie. Zawtórowałam mu kontrolując swój głos po czym wzięłam głęboki oddech i zapytałam:
   - Co ty tutaj robisz, Zayn?
   - Szukałem Cię, blondyneczko.
    - Bądź zawsze przy mnie – poprosiłam. A ty? Nie raczyłeś nawet odpowiedzieć.
   - Po co?
   - Nie wiem nawet. – Wzruszył ramionami. – Myślałem o tobie, stęskniłem się.
   - Czy ty siebie słyszysz? – zapytałam, dopijając łyk brandy. – Spotykamy się jakimś cudem po trzech latach w cholernie wielkim Nowym Jorku i ty mi mówisz, że się za mną stęskniłeś?
   - Ty za mną też. – Nie zapytał, tylko stwierdził.
   - Muszę Cię rozczarować, ale nie, Zayn. – Pokręciłam głową przecząco.
   - Co tam słychać u Kierana i Polly? – zmienił temat. – Słyszałem, że się pobierają.
   - Tak, na wiosnę – potwierdziłam. Nie mogłam się doczekać ślubu moich przyjaciół. Wraz z Polly wybrałyśmy dla niej sukienkę i za każdym razem kiedy ją widziałam, zachwycałam się. Była taka piękna.
   - Mam nadzieję, ze odstąpisz mi jeden taniec. – Uśmiechnął się szeroko na co uniosłam znacząco brew do góry.
   - A przepraszam bardzo jak się tam dostaniesz, hmm?
   - Dostałem zaproszenie od Kierana, kochanie.
   - Nie mów do mnie „kochanie”, Zayn – skarciłam go, kompletnie nie przejmując się faktem, iż Kieran zaprosił Malika na jego wesele. Wielcy przyjaciele się znaleźli! Chociaż, jestem ciekawa jak garnitur wyglądałby na kruczowłosym i czy opinał…
   London, kurwa! Masz chłopaka – skarciłam się w myślach z surowością.
   - Spokojnie, Evander – zaśmiał się. – Nate nie usłyszy.
   - Skąd wiesz jak ma na imię? – zapytałam, mrużąc oczy.
   - Musiałem nadrobić zaległości w twoim życiu, blondyneczko. – Mrugnął do mnie zawadiacko w ten sam sposób, sprzed trzech laty.
   - Czyli musisz wiedzieć, że Nate i ja jesteśmy szczęśliwą parą? – podpuściłam go. Oczywiście nie miałam zamiaru mu powiedzieć, że na początku naszego związku ciągle porównywałam go z Zaynem. Najważniejsze było to, że teraz kochałam Nate`a i chciałam z nim być. To nie była szczenięcia miłość jaką darzyłam Malika, o nie. Nate był moją prawdziwą miłością i miałam nadzieję, że kruczowłosy to uszanuje.
   - Wiem, London. – Skinął głową. – Muszę z tym żyć.
   - Skąd wiedziałeś, gdzie będę? Skąd w ogóle wiedziałeś, gdzie studiuje?
   - Zapomniałaś, że siedziałem w poprawczaku i miałem do czynienia z doświadczonymi bandytami, którzy nauczyli mnie kilku sztuczek w zdobywaniu informacji. – Nie wiedzieć czemu parsknęłam śmiechem roznoszącym się po pubie. – A skoro o nich mowa to słyszałem, że wydzwaniasz do Coneza, do aresztu.
   - Tak. Planuję go też odwiedzić po zakończeniu semestru.
   - Pani przyszła adwokat odwiedza kryminalistę w więźniu. Jakie to urocze – prychnął rozbawiony, na co szturchnęłam go w ramię.
   - Nie przeginaj, Malik – ostrzegłam go.
   - Jaka waleczna się zrobiła – powiedział z przekąsem. – Będę rozpowiadał, że moja przyjaciółka gryzie.
   - Nie jesteśmy przyjaciółmi, Zayn.
   Nigdy nimi nie byliśmy.
   - Ale możemy być, London. – Jego ciemne oczy spoważniały i zatrzymały się na moich, zielonych. – Słuchaj, zmieniłem się. Ty się zmieniłaś. Obydwoje mamy czyste konta, zaczynamy od nowa. Ja chcę zacząć od nowa z tobą. Nie jako chłopak bo dobrze wiesz, że nie jestem zdolny do miłości a poza tym wiem, że jesteś szczęśliwa z tym całem Nate`m.
   - Co?
   - Chcę być twoim przyjacielem, Evander. Kimś na kim będziesz mogła polegać dzień i noc. Kimś na kogo zawsze będziesz mogła liczyć, zważając na wszystko.
   - Zayn, ja…
   - Zabrałem Ci wszystko, wiem, ale chcę to naprawić. Nie chcę już uciekać od ciebie, ja chcę być z tobą, blisko ciebie. Chcę Cię wspierać…jako przyjaciel.
   - Skarbie! – Nagle nie wiadomo skąd, u mojego boku pojawił się Nate. Pocałował mnie w policzek i oplótł ramieniem. – Kto to? – Wskazał na Zayna, który uśmiechnął się delikatnie.
   Spojrzałam z zszokowaniem na mojego chłopaka po czym na Zayna. Jego czekoladowe oczy były utkwione w moich, dlatego szybko uciekłam wzrokiem na podłogę. Co miałam powiedzieć? Co zrobić? Zaczęłam od nowa, ułożyłam sobie na nowo życie. Poszłam na studia prawnicze, miałam cudownego chłopaka, duże mieszkanie, natarczywą, ale i dbającą o mnie ciotkę, wystarczającą ilość pieniędzy, szczęśliwych przyjaciół wciąż zamieszkujących Cardiff. Czegóż chciałam więcej? Czy potrzebowałam więcej?
   Czy potrzebowałam więcej?
   W życiu nie widziałam takiego spojrzenia …
   Bo jesteś (…) piękna pod każdym względem Evander.
   Bądź szczęśliwa, to moja jedyna prośba
   Nawet jeśli tak jest, to nigdy nie będziesz mnie miała, blondyneczko.
   Sprawię, że zapomnisz o wszystkim (…) Sprawię, że zapomnisz nawet o mnie.
   - Nate, to Zayn. – Uśmiechnęłam się szeroko unosząc wzrok na kruczowłosego. – Mój dobry przyjaciel z Cardiff.
   Ryzykuję, Zayn dla ciebie. Tym razem mnie nie zawiedź.


________

   I w ten oto sposób kończy się nasza wspólna przygoda z London i Zaynem. Czy takie zakończenie miałam zaplanowane od początku? Otóż, tak; chciałam napisać jedno opowiadanie, gdzie chłopak nigdy nie kochał głównej bohaterki. Zrobiłam tak i po części jestem zadowolona, ponieważ znalazło się kilka wątków, które zapadały mi w pamięci. Oczywiście był to "kryminał", który raczej nie wypalił. Chciałam napisać coś takiego strasznego, wiecie trzymającego w napięciu, ale coś mi nie wyszło. Teraz wiem, że muszę trzymać się typowych romansów. Ale przynajmniej spróbowałam :)
Chciałabym serdecznie podziękować Wam wszystkim za to, że byliście tutaj ze mną i śledziliście moje starania. Wasze opinie wiele dla mnie znaczyły i przede wszystkim uczyły. Wiem, narzekałam nie raz że mało osób komentuje, ale tak naprawdę cieszyłam się z każdego, jednego komentarza. Jesteście naprawdę wspaniali i ciesze się, że aż 68 osób śledziło losy London i Zayna.
Na dzień dzisiejszy nie planuję nowego opowiadania, ale wszystko może się zmienić.
Jeszcze raz DZIĘKUJĘ za wszystko <3
Po raz ostatni na LOH,
Isiia.
  


środa, 2 kwietnia 2014

Chapter - Eighteen



   Ciocia Mel siedziała na moim łóżku, które było starannie posłane. Uśmiechała się do mnie promiennie kiedy składałam moje wyprane spodnie. Czułam na sobie jej ciemnoniebieskie spojrzenie, które na swój sposób było troskliwe a z drugiej strony przerażające.
   - Wiesz, kochanie – zaczęła niepewnym głosem. – Tak się zastanawiałam, czy nie chciałabyś… um... może udać się na studia, co?
   Uniosłam zdziwiony wzrok na ciotkę.
   - Co? – zapytałam.
   - Jest dopiero początek lipca, myszko – kontynuowała, tym razem nieco pewniejszym tonem. – Możemy złożyć papiery na dniach. Z twoimi wynikami powinni Cię przyjąć bez problemu. Nasz pobliski college ma całkiem ciekawe kierunki. Mogłabyś sobie obrać jakąkolwiek perspektywę, kotku.
   Skinęłam głową, wiedząc o co chodzi mojej ciotce. Chciała, aby znalazła sobie zajęcie, pracochłonne zajęcia, dzięki któremu nie będę rozmyślała. O Cardiff. O rodzicach. O mojej miłości, o której Ciocia Mel wiedział tylko tyle, że bardzo emocjonalnie ją przeżyłam.
   - Przemyślę to – powiedziałam po chwili, wysilając się na słaby uśmiech. Bardzo doceniałam starania ciotki. Wiedziałam, iż robiła wszystko co w swojej mocy, abym wiodła dalej normalne życie.
   - Cieszę się, kotku. – Jej oczy zalśniły. – Pamiętam jak byłaś mała i mówiłaś, że chcesz być taka jak twoja mama.
   - Naprawdę? Nie pamiętam tego. – Z pewnością nie chciałabym wychowywać zasranych gnojków niszczących życie innym.
   - Podkradałaś jej szpilki i okulary, brałaś jakąś teczkę pod pachę i udawałaś, że jesteś adwokatem. – Ciotka Mel zaśmiała się smutno. – Zawsze powtarzałaś, ze nie możesz się spóźnić na proces a twoja mama nie potrafiła przestać się śmiać.
   To pamiętałam.
   - Prawnik London – powiedziałam, przypominając sobie te słowa z dzieciństwa. – Wtedy wszystko wydawało się być prostsze.
   - Z reguły dzieciństwo jest proste, kotku. – Ciotka wstała z mojego łóżka i podeszła do mnie. Ucałowała mnie we spięte włosy i uśmiechnęła się promiennie. – Idę wykombinować coś na obiad. Specjalne zamówienie?
   - Mam ochotę na frytki.
   - Frytki raz. – Mrugnęła do mnie, kierując się do drzwi. – Zrobię jakąś sałatkę do tego, zgoda?
   - Jasne!
   Ciocia Mel zamknęła za sobą drzwi wiedząc jak bardzo cenię sobie prywatność. Zostawiła mnie sama dlatego wróciłam z powrotem do składania moich spodni. Jasne jeansy złożyłam na pół po czym przepołowiłam je jeszcze dwa razy, w efekcie czego otrzymałam schludną kostkę. Westchnęłam lekko po czym przejechałam dłońmi moją twarz.
   Co się działo z moim życiem? Miałam zacząć od nowa, tu na Florydzie a na razie byłam w punkcie wyjścia. Zamieszkiwałam u Cioci już trzy tygodnie a oprócz starszej sąsiadki mieszkającej dom obok, nie znałam tutaj nikogo. W moich oczekiwaniach, miałam w tym czasie setkę znajomych, którzy pomogli zapomnieć mi o mojej stracie. Stracie wszystkiego.
   Z moich zamyśleń o fatalnym bycie, wyrwał mnie dźwięk dzwonka. Spojrzałam na komórkę. Uniosłam znacząco brwi kiedy wyświetlił mi się zastrzeżony numer. Chwyciłam urządzenie w dłonie i przez chwilę rozmyślałam nad odebraniem tego. A jeśli to coś ważnego? Zwilżyłam usta po czym przejechałam palcem po ekranie przykładając komórkę do ucha.
   - Halo?
  -  London?
   - Sebastina? – Conez? Cholera, co?
   - Miło Cię słyszeć – mruknął cicho. – Słuchaj, skarbeńku, mam bardzo mało czasu.
   - Co? Jak to? – wydukałam.
   - Gliny dały mi tylko minutę na połączenie.
   - Gliny? – powtórzyłam. – Jesteś w areszcie?
   - No, kiedyś musiałem tu trafić, słońce – zaśmiał się ponuro. – Dzwonię tylko, żeby Ci powiedzieć, że Pezz też siedzi. Sam ją osobiście wkopałem. Przyznała się do zabójstwa twoich rodziców i oczekuje teraz procesu. Wszystko wskazuje na to, że posiedzi sobie za kratkami do setki.
   - Co? – wydukałam.
   - Nie dziękuj, mała – mruknął. – Jak Floryda?
   - Dobrze, ale jak ty się tam znalazłeś, Conez? – Z nie wiadomych mi powodów, poczułam jak łzy zaczęły napływać mi do oczu.
   - Wydając Perrie, wydałem siebie. Taki byt dilera i bradfordzkiego gangstera. Wyjdę tak za piętnaście lat.
   - Co?!
   - Coś niewiarygodna dzisiaj jesteś, London – powiedział rozbawionym tonem, po czym westchnął ciężko. – Na pewno wszystko w porządku?
   - Tak.
   - To dobrze.
   - Conez, ja…
   - Nic nie mów, London – przerwał mi. – Należało Ci się, mała. I Perrie i ja.
   - Ale ty… nie zasłużyłeś…
   - Zasłużyłem, kochanie. – Z pewnością wzruszył ramionami. – Słońce, muszę już kończyć. Szarpią mnie za ramię. No zaraz skończę, kurwa! - Ostatnie zdanie z pewnością nie były kierowane do mnie.
   - Conez, gdzie on jest?
   Kiedy tylko pytanie wybiegło z moich ust, przytknęłam do nich moich dłoń. Czy ja naprawdę zadałam to pytanie? Przecież miałam o nim zapomnieć! Wymazać z pamięci i żyć dalej!
   - Daleko od ciebie, kochanie – powiedział Conez. – Jest bezpieczny.
   - Ale gdzie?
   - Z daleka od ciebie, kochanie. Z daleka od uczucia.
   - Ale jak t…
   Połączenie zostało zerwane. Wydukałam kilkakrotnie głupie „halo” do telefonu, po czym stwierdziłam, że nikt mi już nie odpowie, rzuciłam komórką o ścianę. Energicznie wstałam z podłogi i skierowałam się do wyjścia z pokoju. Minęłam Ciocię Mel kręcącą się w kuchni. Włożyłam pośpiesznie trampki i zanim Ciocia zdążyła się zapytać, gdzie idę, zdążyłam trzasnąć drzwiami i pobiegnąć przed siebie, pozwalając, aby ciepła Floryda przyjęła moje słone łzy.

________

      Mimo, iż dochodziła dziewiąta wieczorem, pot spływał po mojej skórze. Wysoka temperatura była wciąż nie do wytrzymania, ten kraj powinien mieć jakieś oznakowanie. Parno, duszno, w zwiewnych bluzeczkach kończących się przed pępkiem było za ciepło. We własnej skórze odczuwałam te gorąco wiszące natarczywie w powietrzu. Kontrast mieszkaniem całe swoje życie w deszczowym i zamglonym Cardiff a zamieszkiwaniem Florydy zaczął coraz bardziej być widoczny.
   Schludna ławka grzała mnie przez spodenki niemiłosiernie. Na dworze było ciemno już od jakieś godziny a drewno  było tak nagrzane, że nie potrafiłam na nim wysiedzieć. Czułam jak moje nagie nogi spalają się żywcem. Nie mówiąc o moich łzach, które dosłownie parowały znad moich policzków.
   Po co ja płakałam? Po jaką cholerę? Przecież nikt nie widział moich łez! Nikt nie był zdolny podejść i zapytać się czemu płaczę. Przecież ja nie płaczę do cholery! Ja nie mogę już płakać! Za dużo wypłakałam się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy! Płacz jest słaby, ja jestem słaba, moje łzy są słabe. Nawet nie są słone, są żałosne.
   Ja byłam żałosna. Moje życie było żałosne. Moje łzy były żałosne. Moje uczucia były żałosne. Byłam jedną wielką definicją słowa „ŻAŁOŚĆ”.
   - Hej, sory, że przeszkadzam, ale widziałaś może tutaj niebieskiego smartphona?
   Uniosłam głowę, wysuwają ją z moich dłoni i spojrzałam w górę przed siebie. Zamrugałam kilkakrotnie moimi zwilgotniałymi oczami i ujrzałam wysokiego chłopaka. Miał ciemne, brązowe, poburzone włosy, delikatny uśmiech wykrzywiony z pełnych, lekko różowych warg oraz duże, niebiesko-szare oczy obramowane długimi, ciemnymi rzęsami.
   - Hej – wydukałam, chrząkając. – Nie, niestety.
   - Pożyczyłem telefon od młodszej siostry i zgubiłem go na imprezie – wyjaśnił, śmiejąc się smutno. Potarł swój kark dużą dłonią. – Jeśli go nie znajdę, zabije mnie.
   - Naprawdę przykro mi, ale nie widziałam go – powiedziałam. – Gdzie go ostatnio miałeś?
   - Jak pisałem z niego sms`a do mojej byłej. Robiłem sobie z niej jaja z kumplami. – Jego głos zdradził jego zażenowanie. – No cóż… Byliśmy nieźle wstawieni.
   - Możliwe, że twoja była go znalazła i rozwaliła. – Boże, jaka ja jestem głupia!
   - Jest trochę sukowata, więc to całkiem możliwe, wiesz? – Uśmiechnął się szerzej ukazując swoje piękne i jakże urocze zgłębienia w policzkach. – Jestem Nate.
   Wyciągnął przede mnie swoją dłoń. Spojrzałam na niego niepewnie po czym spuściłam wzrok na jego rękę. Uśmiechnęłam się delikatnie i odwzajemniłam gest. Miał bardzo ciepłą skórę, tak samie prawo jak ja.
   - London – przedstawiłam się.
   - London? Naprawdę? – zapytał. – Jak stolica?
   - Ta. – Skinęłam głową. – Miałam mieć na imię Paris, ale mama z babcią uparły się na London i tata zbytnio nie miał nic do gadania – zaśmiałam się lekko.
   - Stolica Anglii ładniejsza. Osobiście wolę Londyn od Paryża, więc masz u mnie plus.
   - Dzięki. Nie byłam nigdy w Paryżu, ale podobno jest piękny.
   - Mój ojciec tam mieszka ze swoją nową dupę – wyjaśnił chłopak. Spojrzał w swoją prawą stronę, jakby się czegoś wahał. Uśmiechnął się delikatnie po czym usiadł obok mnie. Jego krótkie, ciemne spodenki podwinęły się lekko.
   - Razem z Mandy jeżdżę tam na wakacje i przeżywam istny horror.
   - Mandy? – zainteresowałam się. Fakt, iż pewnie wyglądałam okropnie od natarczywej ilość płaczu, nie interesował mnie zbytnio.
   - Moja młodsza siostra – wyjaśnił. – Przyszła morderczyni jeśli nie oddam jej telefonu.
   - Przyjdę na twój pogrzeb, bo mam wrażenie, że ktoś wziął sobie ten telefon.
   - Postaw mi lizaki na grobie, okej? – zaśmiał się.
   - Lizaki? – powtórzyłam, mrugając niedowierzająco.
   - Tak – potwierdził. – Najlepiej o smaku coli.
   - Masz to jak w banku.
   - Sory za moją ciekawość, ale nie jesteś chyba stąd, prawda? Masz inny akcent.
   - Nie szkodzi. - Machnęłam demonstracyjnie dłonią, pragnąć wyglądać na wyluzowaną dziewczynę. Chwilowo zapomniałam o wszelkich smutkach. - Tak, jestem Brytyjką i przyjechałam tutaj niespełna miesiąc temu – powiedziałam, spoglądając na bruneta. Patrzył na mnie prosto z ogromnym, pięknym uśmiechem. Jeszcze nigdy nie widziałam tak ładnego uśmiechu, oczywiście nie licząc pewnej osoby.
   - Tak myślałem! – uniósł się uradowany. – Nie obraź się, ale strasznie mamroczesz.
   - Naprawdę? – Parsknęłam gardłowym śmiechem, w efekcie czego zakryłam usta dłonią. – O Boże! Jeszcze nikt mi czegoś takiego nie powiedział!
   - Jestem pierwszy, tak?
   - Definitywnie tak – zaśmiałam się na co Nate zawtórował.
   - Będę też pierwszym, jeśli zaproszę Cię na drinka czy coś, zaraz po tym jak obraziłem twój akcent?
   - To zaproszenie, tak?
   - Jedno z najgorszych, ale tak. – Skinął głowę i zaczerwienił się. – To jak? Dasz się gdzieś wyciągnąć teraz?
   Czy Zayn kiedykolwiek Cię gdzieś zaprosił? Czy śmiał się z twoich mało mądrych wypowiedzi? Czy spoglądał na ciebie tak jak ten chłopak? Czy okazywał Ci takie zainteresowanie? Czy sprawiał, że czułaś się dobrze, bez żadnych zobowiązań czy zagrożenia?
   SPRAWIAŁ.
   Ale już nigdy więcej nie sprawi.
   - Jasne, z chęcią – odparłam, uśmiechając się szeroko. – Przy okazji, poszukamy tego telefonu.
   Chciałeś, żebym ruszyła na przód, Zayn. A więc, proszę bardzo, spełniam swoją obietnicę. Mam nadzieję, że kiedyś to docenisz i będziesz żałować. Żałować mnie.

___________________

Jaka ja systematyczna, nie? Dodałam rozdział w przeciągu równego tygodnia. Wow, bijcie mi brawo. A tak wgl, to: NIESPODZIANKA! Kolejny rozdział przed epilogiem!  Yeey, nie?!
Ten rozdział... cóż, moim zdaniem ssie. Ostatni mi się podobał za to ten wcale. Tak to już jest ze mną.
Jeszcze nie wiem kiedy opublikuję epilog (chlip, chlip), ale z pewnością w ciągu dwóch najbliższych miesięcy. Jak myślicie, jak się skończy LOH? Lon będzie z Zaynem? A może się już nigdy nie spotkają? A i co macie mi do powiedzenia na temat Nate`a? Jest już w bohaterach, więc zapraszam do oglądania go. Szczerze, wymyśliłam chłopaka dwadzieścia minut temu xD
A no i jeszcze wchodźcie na CW! Mam wrażenie, że te opowiadanie wam się nie podoba ;c
Widzimy się w epilogu,
dobrej nocy.

środa, 26 marca 2014

Chapter - Seventeen


   SONG

   Moje powieki były jeszcze ciężkie dlatego nie otwierałam ich. Jęknęłam cicho i wyjęłam moją prawą ręką spod ciężkiej i wręcz duszącej mnie kołdry. Położyłam ją po drugiej stronie łóżka, mając nadzieję natrafić na ciepłą skórę Zayna. Wciąż zaspana, uśmiechnęłam się lekko na wspomnienie ostatniej nocy. Dotrzymał słowa; sprawił, ze chociaż na chwilę zapomniałam o wszystkim. Dosłownie o wszystkim.
   Zawiedziona moimi poszukiwaniami, otworzyłam leniwie oczy i zamrugałam kilkakrotnie. Kiedy moje tęczówki zlustrowały puste łóżko, niemal natychmiast wyprostowałam się do pozycji siedzącej odczuwając nagły ból w okolicach złączenia moich ud. Przygarnęłam do siebie bardziej pościel, rozglądając się po pustym pokoju. Żaluzje były zasłonięte co wyjaśniało mrok panujący w pokoju. Moje serce zaczęło szybciej bić a oczy w sekundzie zrobiły się wilgotne. Odwróciłam głowę w kierunku małej szafeczki nocnej na której stała mała, wciąż załączona lampka. Obok niej leżała moja komórka spod której wystawało coś białego. Niepewnie sięgnęłam, jak się okazało, po skrawek białej kartki, jednocześnie nawołując imię kruczowłosego:
   - Zayn?
   Kiedy odpowiedziała mi cisza, przetarłam dłońmi moje wciąż zwilgotniałe oczy i obróciłam starannie złożoną kartkę w dłoniach. Westchnęłam głośno, prostując papier. Obawiałam się najgorszego. Mimo, że najgorsze przeżyłam.
   Przygryzłam dolną wargę i spuściłam wzrok, skupiając się na pośpiesznie napisanych, niechlujnie słowach tworzących dosyć długi liścik:

   „Chciałem napisać Ci sms`a, ale uznałem, że lubisz te całe romantyczne bzdety, więc postanowiłem napisać to gówno. Sory blondyneczko, ale na nic bardziej romantyczniejszego mnie nie stać a to co zaraz przeczytasz z pewnością nie spełni twoich oczekiwań.
   Przepraszam Cię za wszystko, London. Mogłem sobie dalej siedzieć w Bradford i czekać na ten wyrok zamiast próbować oczyścić moje imię i sięgać po pomoc u twojej mamy. Mimo, iż tego nie okazywałem, jeszcze w życiu nie polubiłem tak kogoś jak jej. Miałaś wielkie szczęście, że Chelsea była twoją matką. Jest z pewnością z ciebie bardzo dumna i mocno Cię kocha. Pamiętaj o tym, mała.
   Nie wiem co powiedzieć. Gdybym musiał powiedzieć Ci to  w twarz zapewne nie powiedziałbym nic tylko wpił się w te twoje słodkie wargi. Boże, powinni Cię zabić za bycie taką słodką. Czuję się jak dupek bo mam wrażenie, że Cię wykorzystałem mimo, że tak nie było. Nie powinienem spełniać twojej wczorajszej prośby, ponieważ to mnie dobija. Pomijając fakt, iż była to świetna noc, czuję się okropnie. Przeleciał i zostawił – pewnie tak mnie zapamiętasz, skarbie. Cóż, może to i lepiej. Nie będziesz za mną tęsknić, choć ja będę i to mocno. 
   Nie powiem Ci, że Cię kocham bo tak nie jest London. Ale nie jesteś mi obojętna, znaczysz dla mnie bardzo wiele i dlatego muszę odejść z twojego życia na dobre. Uwierz mi, że nie chcę, ale nie mogę ryzykować już dłużej. Straciłaś przeze mnie wystarczająco, blondyneczko.
   Opuść moje mieszkanie, nie kłopocz się zamkiem, nie wrócę do niego. Jedź do Polly, ona zaopiekuje się tobą razem z Kieranem. Wybacz mu London. On Cię kocha i chce dla ciebie jak najlepiej, uwierz mi mała.
   Bądź szczęśliwa, to moja jedyna prośba. Żyj tak jakbyś nigdy mnie nie poznała. Wiem, że to nie realne, ale postaraj się, zgoda? Jesteś piękna i silna, dlatego wierzę, ze dasz sobie radę, blondyneczko. Chociaż ten raz mnie posłuchaj i zacznij od nowa.
Przepraszam jeszcze raz, chociaż wiem, że to nic nie da.”

   Ciężkie, słone łzy opadły na kartkę, rozmazując atrament. Najgorsze właśnie się ziściło. Straciłam osobę, którzy utrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach.

________


   - Czy Pańscy rodzice mieli jakiś wrogów? – Policjant nie odrywał ode mnie wzroku ani na sekundę. – Weszli z kimś w jakieś konflikty?
   - Nic z tych rzeczy – wydukałam bez uczuciowo. Mój wzrok, przez całe przesłuchanie był spuszczony na podłogę, a dokładniej na moje zabrudzone już trampki.
   - Ma Pani jakieś podejrzenia względem zaistniałej sytuacji? – kontynuował, nie zrażając się moim prawie duchowym zawieszeniu. Odpowiadałam niczym zombie, nie ruszałam się, nie uśmiechałam się, nie mówiłam za dużo. Oddychałam i zastanawiałam się dlaczego Bóg tak bardzo mnie nienawidził?
   Policjant chrząknął znacząco na co przymknęłam powieki. Czego on oczekiwał ode mnie? Że powiem, iż znam mordercę… morderczynię moich rodziców? Powiem mu w jakich okolicznościach ją spotkałam? Opowiem mu, iż była jej to zemsta na mnie. Za co? Za to, że Zayn  nigdy nie odwzajemniał jej uczuć? Za to, iż byłam dla niego ważniejsza niż ona sama, kiedyś w przeszłości, kiedy to ich relacja była czysta? Co miałam powiedzieć temu facetowi? Moich rodziców zamordowała szmata, która chciała się zemścić na Zaynie, ponieważ sądziła, iż on kochał mnie a to nie była prawda! Ponieważ, Malik nie był zdolny do miłości. On nie był zdolny do jakichkolwiek uczuć. Manipulował, dawał nadzieję a potem… zostawił z wyjaśnieniami znajdującymi się na głupiej karteczce, spisanej stekiem kłamstw.
   To mu miałam powiedzieć?
   - Nie. – Pokręciłam ledwo widocznie głową.
   - Czy wciąż uczęszcza Pani na terapię?
   - Tak.
   - Chce Pani coś dodać? – zapytał krzyżując dłonie na piersiach.
   - Nie.

________


   Poskładałam moją ostatnią parę jeansów już i włożyłam ją do mojej walizki. Upchałam ubrania do jej wnętrza po czym klapnęłam jej górę i z całych sił ją trzymając, zamknęłam zamek błyskawiczny. Westchnęłam głośno, odpychając się od kwiecistej walizki po czym zdjęłam ją z łóżka i ułożyłam obok dwóch już stojących.
   - Mam ochotę rozpiąć je wszystkie i powrzucać z powrotem twoje ubrania do szafy. – Polly opierała się o framugę drzwi swojego pokoju, w którym się znajdowałam. Jej zazwyczaj sprężone, rude włosy, opadały prosto na jej ramiona. Szare oczy były podkrążone i lekko zaczerwienione z powodu nadmiernej ilości łez wyprodukowanych przez dziewczynę.
   - Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo bym chciała, abyś to zrobiła. – Podciągnęłam katar nosem i spojrzałam smutno na moją najlepszą przyjaciółką. Przetarła swoimi dłońmi twarz i podeszła do mnie. Zamknęłam ją w mocnym uścisku i schowałam swoją twarz w zgłębieniu jej obojczyka podczas, gdy moje niesforne blond włosy łaskotały jej gładki policzek.
   - Kocham Cię, Lon i zawsze będę – wychlipała. – Proszę, pamiętaj o tym.
   - Zawsze, Polls – odparłam, zaciskając mocno powieki. Tamowanie łez z każdym dniem, przychodziło mi z trudem.
   - Odwiedzisz nas najszybciej jak będziesz mogła, prawda? – zapytała rudowłosa, swoim piskliwym od płaczu głosem.
   - Oczywiście – skłamałam. Doskonale wiedziałam, że wyjazd z Cardiff sprawi, że moja noga już nigdy więcej nie postawi w tym kraju. Nie chciałam o tym informować mojej Polly, ponieważ zasługiwała na lepszą wersję przyjaciółki, którą starałam się być, mimo, iż przez kłamstwo.
   Rudowłosa odsunęła się ode mnie i przetarła swoje załzawione oczy, rozmazując tusz dookoła jej szarych tęczówek. Uśmiechnęłam się cierpko podczas, gdy moje serce rozpadało się na pół.
   - Spakowana? – Do pokoju wszedł Kieran, ostrożnie rozglądając się po pokoju. – Twoja Ciocia już jest w salonie, Lon.
   - Dzięki – odparłam. Obydwoje z Kieranem nie mieliśmy odwagi spojrzeć w sobie w oczy. Ani teraz ani przez ostatnie dwa tygodnie, które spędziłam mieszkając u jego dziewczyny.
   - Pomożemy Ci z walizkami – zaoferowała Polly, po czym odwróciła się, aby chwycić jedną, ale Kieran chwycił delikatnie jej nadgarstek.
   - Nie nadwyrężaj się, kochanie – powiedział spokojnie. – Ja je zniosę.
   - Ja sobie sama poradzę, dziękuję – wtrąciłam cicho, podchodząc do nich. Kieran westchnął cicho i wsadził swoje dłonie w przednie kieszenie swoich ciemnych spodni.
   - Nie wyjeżdżaj – poprosił.
   - Nie chcę tu być – odparłam.
   - Masz mnie i Polly.
   - A na Florydzie, możliwość zaczęcia nowego życia, Kieran – powiedziałam, unosząc swój wzrok na kruczowłosego. Na jego bladej twarzy malował się ból i zmieszanie.
   - Nie chcę się z tobą żegnać. Nie jestem gotowy.
   - Ja też nie jestem, ale musimy wszyscy troje ruszyć naprzód.
   - London… - Chłopak podszedł bliżej mnie i chwycił mocno moją dłoń. – Błagam Cię, nie nienawidź mnie.
   - Nie nienawidzę Cię – zaśmiałam się spazmatycznie, słysząc jak owe zdanie brzmiało w rzeczywistości. – Kocham Cię Kieran i zawsze będziesz dla mnie bratem innej mamy.
   - Zawsze chciałem dla ciebie dobrze, mała. – W jego ciemnych oczach błysnęło coś na kształt mokrej łzy.
   - Wiem. – Skinęłam głową.
   - To co zrobiłem… Śmierć Dylana zawsze będzie mnie prześladować – powiedział szybko. Kątem oka zauważyłam jak Polly wzdrygnęła się. Wciąż nie potrafiła pogodzić się z tym, że jej wielka miłość zamordowała nieumyślnie swojego bliźniaka.
   - Mogłem wam od razu powiedzieć, może wtedy byłoby mi lepiej. – Westchnął ciężko. – Ale gdybym wam to powiedział, wszystko wyjaśnił, to zmieniłoby to coś?
   - Zmieniłoby to wszystko, Kieran. – Zmieniłoby to sam fakt, iż nie zakochałabym się w Zaynie wiedząc, ze narażał swoje życie dla morderczyni.
   - Przepraszam, Lon. Naprawdę przepraszam. – Chłopak schował swoją twarz w dłoniach. Oplotłam swoje dłonie  wokół jego umięśnionych pleców i przytuliłam go mocno do siebie, po czym usłyszałam jego… szloch? Nie, Kieran nie płakał. On był tutaj tym twardym.
   - Wszystko już dobrze, Wilson – powiedziałam, z trudem powstrzymując mój łamiący się głos. – Kocham Cie mocno, nie zapominaj o tym.
   - Ja ciebie też, Lon.
   Oderwaliśmy się od siebie. Kieran przetarł jeszcze raz swoją twarz po czym wziął dwie moje walizki na dół. Uścisnęłyśmy się jeszcze raz z Polly po czym nie udolnie, zniosłyśmy moją jedną walizkę na dół, śmiejąc się histerycznie. Mój przyjaciel zapakował je do taksówki, która miała mnie zawieść razem z ciocią na lotnisko.
   - Dbajcie o siebie – powiedziałam moim przyjaciołom, którzy mocno obejmowali się w pasie. Kieran ucałował mnie mocno w czoło, przyrzekając mi, że zaopiekuje się Polly do końca życia, a rudowłosa nie szczędziła łez, powtarzając w kółko, że nas kocha.
   Wsiadając do samochodu, ciocia ścisnęła mocno moją dłoń. Jej ciemnoblond włosy były ściśnięte w solidnego warkocza a jej uśmiech starał się być promienny, mimo tego, że cierpiała równie mocno co ja. Straciła w końcu siostrę.
   Obróciłam twarz w stronę szyby i obserwowałam po raz ostatni mijające szybko poszczególne domki, tu w Cardiff. Już jutro miało mnie tu nie być. Miałam wyjechać do Ameryki, opuszczając Wielką Brytanię raz na zawsze.
   Mój wzrok napotkał parę, całujących się przed czyimś domem. Kropelki deszcze spływały po ich ubraniach, ale oni się tym nie przejmowali. Tkwili w pięknym momencie jaki pozostanie im do końca życia.
   I z jakiegoś powodu, poczułam jak mój motylek na łopatce zaczynał mnie piec.

   [Pierwsza miłość nie musi być odwzajemniona, w sumie nawet nie powinna]


________________


 - REKLAMA DŹWIGNIĄ HANDLU -
   CW

Przepraszam was za wyrażenie, ale jestem w chuj zadowolona z tego rozdziału. Wyszedł mi tak... nie wiem, naturalnie?  Cholera, no podoba mi się! I możecie mnie zjechać od góry do dołu, wytykając mi błędy, ale zdania nie zmienię. Kocham siedemnastkę <3
Moi kochani, mam dla was niespodziankę. Jaką? Dowiecie się za nie długo. 
Cóż, nie udało się wam przekroczyć 30 komentarzy, trudno. Może teraz wam wyjdzie? Nie wywieram na was żadnej presji, ale byłoby naprawdę miło zobaczyć liczbę komentarzy choćby w połowie zbliżoną do liczby obserwujących.
JAK PIOSENKA? JA JĄ KOCHAM <3
Dobra, uciekam na szluga a potem książeczka.
Do zobaczenia wkrótce,
Luv ya.



piątek, 21 marca 2014

Chapter - Sixteen



   Wciąż nie docierało do mnie, że byłam… sierotą. Straciłam rodziców. Nie mieściło mi się to w głowie. Głupio się łudziłam, że jeśli chwycę telefon w dłonie zobaczę ich wiadomości z nakazem wracania do domu. Nie potrafiłam przyjąć do wiadomości, że ich nie było. Że zniknęli. Nie…
   - Jak to okłamała? – wydukałam wtulona w pierś Zayna. Chłopak był niewzruszony faktem, że zalałam łzami całą jego koszulkę. Patrzył tylko jak nie wypuścić mnie z swoich silnych objęć.
   - Okłamała nas wszystkich, mała – mruknął Kieran przeczesując palcami swoje włosy. Nadal nie rozumiałam co tutaj robił, ale byłam zbyt skonsternowana, aby go o to zapytać.
   - Nie rozumiem was.
   - Kiedy Zayna zgarnęli za zabójstwo Dylana, ja dałem nogę a Kieran wyjechał z rodzicami do Cardiff.  – Nigdy nie słyszałam tak słabego głosu Coneza. Zawsze brzmiał tak… twardo i rządzicielsko. – Perrie po jakimś czasie odnalazła mnie i nie wiem jakim cudem wmówiła mi, że Malik faktycznie strzelił. Byłem roztrzęsiony samą myśl o moim bracie, dlatego uwierzyłem tej krowie. Cóż za ironia, nieprawdaż? Uwierzyłem tej szmacie, że mój najlepszy kumpel zamordował mojego młodszego brata.
   - Co? – zapytałam głupio podciągając nos. Skierowałam swoje spojrzenie na Kierana, który ze spuszczoną głową siedział na podłodze u stóp kanapy. – Zabiłeś własnego brata, Kier?
   - Nie chciałem tego, mała – wydukał. – Chciałem i..ich ochronić. Chciałem, żeby przestali. Ba..bałem się, Lon.
   - Dlaczego nam nie powiedziałeś? – zapytałam ze łzami cieknącymi po moich policzkach. – Mnie i Polly? Nigdy nam tego nie powiedziałeś!
   - Chciałem zostawić to za sobą – mruknął chowają na chwilę twarz w swoich dłoniach. – Chciałem zapomnieć i zacząć od nowa.
   - Zataiłeś przed nami zabójstwo swojego bliźniaka. – Nie wiedziałam jak się zachować. Ledwo co kontrolowałam mój głos. – Skąd mam mieć pewność, że byłeś z nami szczery?!
   - Zawsze byłem London.
   - Kochasz Polly?
   - Co? – Jego źrenice rozszerzyły się. – Oczywiście, że tak. Skąd takie pytanie?
   -  Bo ja Ci nie wierzę, Kieran – wyznałam po chwili. – Nie ufam Ci. Nie ufam żadnemu z was w tym pokoju. - Westchnęłam głośno. -  Boje się was.
   Momentalnie mięśnie Zayna napięły się. Poczułam jak zacieśnia uścisk i odgarnia moje poplątane włosy zza ucho. Delikatnie musnął moją skórę za uchem. Przygarnęłam do niego mocnej i schowałam twarz w jego obojczyku.
   - Nikt Cię nie skrzywdzi, skarbie – szepnął i z podwojoną siłą pogłaskał moje włosy. Trzymał mnie tak mocno jakby się bał, że ktoś mu mnie wyrwie i nie odda.
   - To jest takie okropne – wychlipałam. – To wszystko tak boli.
   - Wiem, blondyneczko – mruknął cicho Malik. W tle słyszałam ciężkie odgłosy Coneza i szybkie wydechy Wilsona. Na nim zawiodłam się najbardziej.
   - London…
   - Nie rozumiem jednego Kieran – przerwałam kruczowłosemu, który bezskuteczne nawoływał moje imię. – Dlaczego tak bardzo starałeś się oddalić mnie od Zayna, skoro sam zamordowałeś człowieka? W dodatku swojego brata. Dlaczego? Powiedz mi!
   - Bałem się, że on Ci powie – wyjaśnił po chwili. – Bałem się ciebie stracić. Ciebie i Polly.
   - Poróżniając mnie z Zaynem, myślałeś, ze mnie nie stracisz? – jęknęłam. – Stawiałeś mi jakieś pieprzone ultimatum podczas, gdy to byłeś winny a nie on. On poszedł za ciebie siedzieć, żebyś miał życie a ty miałeś czelność go pobić? I chcesz mi wmówić, że bałeś się stracić mnie i Polly?!
   - Nie mogłem sobie pozwolić stracić mi kolejnych ważnych osób, mała. – Jego głos się łamał. – Ty i Polly jesteście dla mnie najważniejsze i nie mogę  was stracić.
   - Przepraszam Kieran, ale mnie już straciłeś – powiedziałam po chwili i ponownie wtuliłam się w pierś Zayna gorzko łkając. W salonie ponownie zapanowała głęboko cisza, której nikt nie odważył się przerwać. A podobno siedziałam wokół najgroźniejszych i wyszczekanych facetów w Cardiff!
   - London… -  Po chwili odezwał się Conez swoim łamiącym głosem. – To wszystko przez Perrie. Gdyby nie ona…
   - Byliście tacy słabi – przerwałam mu wciąż wtulając się w tors Malika. – Zakochać się w jednej dziewczynie i zniszczyć swoją przyjaźń dla niej – prychnęłam płaczliwie. – Jesteście tacy żałośni.
   - London…
   - Wiem jak mam na imię, Sebastian! – krzyknęłam obracając się w jego stronę. Był zszokowany i zdezorientowany. Jego oczy miały wylecieć z orbit. – Nie wiem jak, ale ta poczwara ma zniknąć z mojego życia. Mam to w dupie, że kochacie ją i byliście w stanie się o nią pozabijać. Mam to gdzieś…
   - Ja jej nie kocham, London – wtrącił Zayn składając na mojej szyi delikatny pocałunek. – Nigdy jej nie kochałem. Byłem po prostu zauroczony.
   - Tak samo jak – dodał nieco odważniej Kieran. Jego oczy były mocno zaszklone. – Kocham Polly i to ona jest moją pierwszą miłością, nie Pezz.
   - Przepraszam, London – wyznał po chwili Conez. – Zrobiłem z twojego życie piekło, ponieważ zamanipulowała mną jakaś dziewczyna chcąca zemsty na Maliku. Przepraszam Cię, malutka. Naprawdę Cię przepraszam.
   - Twoje przeprosiny nie wrócą mi dawnego życia – uświadomiłam go. – Nie wrócą mi rodziców. - Bolało.
   - Gdybym tylko mógł cofnąć czas…
   - Przykro mi, ale nie możesz. – Otarłam łzę spływającą po moim policzku. – Nic nie możesz zrobić, aby zwrócić mi moje dawne życie.
   - Przepraszam.
   - To nic nie da, Sebastain.
   - Zabiję ją – oznajmił twardo choć jego głos się łamał. Biedak ją szczerze kochał. – Zabiję ja dla ciebie.
   - Nie. – Pokręciłam głową. – Jeśli chcesz ją zabić, zabij ją dla siebie i reszty.
   Wyswobodziłam się z objęć Malika i spuszczając głowę wstałam z kanapy. Wzięłam głęboki oddech i skierowałam się w stronę sypialni Zayna, gdzie miałam zamiar opaść i porzucić się w sieć rozpaczy. Chciałam zniknąć z tego świata.
   - London. – Niechętnie odwróciłam się na dźwięk głosu mojego przyjaci… Kierana. Spojrzałam w jego zaszklone, pełne bólu oczy. – Wiem, że to nienajlepsza pora, ale wszystkiego najlepszego z okazji osiemnastki.
   Kiwnęłam głową i obróciłam się na pięcie zagryzając mocno wargę. Chciałam zniknąć.

________ 


   Zaczęłam się zastanawiać co by powiedzieli moi rodzice widząc mnie w takim stanie. Mama z pewnością podeszłaby do mnie i mocno przytuliła mówiąc mi co chwila jak to mocno mnie kocha natomiast tata głaskałby mnie po głowie, mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Z pewnością by tak było. Siedzieliby u mnie w pokoju dopóki na mojej twarzy nie zagościłby uśmiech lub jego podobieństwo. Boże. Ile bym dała, żeby tak było.
   Jednak, musiałam się zmierzyć z szarą rzeczywistością. Leżałam w łóżku Zayna, w jego mieszkaniu. Nie mogłam wrócić do swojego domu, ponieważ było one pieprzonym miejscem morderstwa moich rodziców, moich Aniołów Stróżów! Moi rodzice zostali zamordowani dzień przed moimi urodzinami! Czy to się działo naprawdę?
   - London? – Łagodny szept Zayna wdarł się do ciemnego pomieszczenia, gdzie leżałam. Ciepły, czarny koc nie potrafił zagrzać mnie mimo tego, że byłam okryta nim cała. Zamarzałam od środka.
   Poczułam jak materac ugina się pod ciężarem ciała Malika, który objął mnie czule w pasie. Efektownie i zgrabnie przewrócił mnie jedną rękę w sposób, iż patrzyłam w jego zmartwioną twarz. Koniuszkiem swoich długich palców starł moje łzy i złożył delikatny pocałunek na moim zaczerwienionym policzku.
   - Przepraszam, blondyneczko – szepnął muskając końcówką swojego nosa o mój. – Tak bardzo Cię przepraszam.
    - Za co? – wychlipałam.
   - Gdyby nie ja… Byłabyś szczęśliwa i wszystko byłoby dobrze. Nie cierpiałabyś.
   - Chciałabym powiedzieć, że jestem szczęśliwa, ale nie mogę Zayn – wyznałam nie kontrolując mojego łamiącego się głosu. – Przeżywam najgorszy okres w moim życiu. Straciłam moich rodziców i wciąż nie potrafię w to uwierzyć, że już ich nigdy więcej nie zobaczę. – Westchnęłam ciężko. – Chciałabym Ci powiedzieć, że poznanie ciebie odmieniło moje życie na lepsze, ale… Przepraszam, ale nie potrafię.
   Między nami zapanowało okropna cisza podczas której słychać było tylko ciężkie oddechy. Przymknęłam powieki, aby nie widzieć wyrazu twarzy Zayna. Powiedziałam za dużo? Przesadziłam ze słowami? Oczywiście, ze tak! Zadałam mu ból, ale.. Naprawdę nie potrafiłabym skłamać w tej sprawie. Byłam w nim szaleńczo zakochana jednak to on był odpowiedzialny za spierdolenie mojego życia. Gdybym go nie poznała, moi rodzice pewnie by żyli. Gdybym nie szwendała się za nim jak jakaś idiotka z pewnością, moja matka odesłałaby go do Braford, gdzie czekałby na dalsze procesy. Ale rzeczywistość była inna. Gorzka a zarazem słodka.
   - Wszystkiego Najlepszego. – Moje serce zakołatało słysząc miękkie słowa wydobywające się z jego ust. Wzięłam głęboki oddech.
    - Dziękuję. – Odważyłam się otworzyć oczy i spojrzałam na Zayna, który faktycznie uśmiechał się. – Nie tak wyobrażałam sobie moje osiemnaste urodziny, ale…
   - Moja mama zawsze mi mówiła, że urodziny są najlepsze kiedy spędza się je z osobami, które się kocha – przerwał mi nachylając się do pocałunku. Oczekując czegoś więcej niż zwykłego muśnięcie ponownie zamknęłam oczy. Po raz kolejny się pomyliłam na co warknęłam cichutko, Zayn zachichotał pod nosem.
    - Czyli moje urodziny są uratowane – wyznałam kładąc dłoń na policzku chłopaka. Jego źrenice rozszerzyły się momentalnie.
    - London…
   - Chyba Cię kocham. – Mój głos niesamowicie brzmiał spokojnie i naturalnie. – Nigdy nie czułam czegoś takiego do chłopaka, wi…
    - London, proszę.
    - Nie mogę już ukrywać moich uczuć do ciebie. Mam dość.
    - London, ale ja nie…
    - Straciłam zbyt wiele, Zayn – przerwałam mu. – Jesteś teraz jedyną osobą na ziemi, która utrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach.
    - Nawet jeśli tak jest, to nigdy nie będziesz mnie miała, blondyneczko.
    - Już Cię mam. I chcę Cię, Zayn.
    Chłopak przybliżył szybko swoją twarz do mojej i niewinnie musnął moje usta po czym z wyczuwalnym pożądaniem pocałował mnie. Spanikowana a jednocześnie podekscytowana obrotem sprawy ujęłam jego twarz w swoje dłonie dokładając wszelkich starań, aby nie przestawał mnie całować. Chwilę potem poczułam jak przygniata moje ciało swoim, zrzucając ze mnie koc. Wsunął swoją ciepłą dłoń pod moją naciągniętą bluzkę i dotarł do przedniej części stanika bawiąc się jego koronkowym materiałem podczas, gdy drugą zaczął się bawić materiałem moich majtek. W pewnym momencie poczułam jak po policzkach spływają mi łzy.
    - Spraw bym zapomniała – wyszeptałam do jego ucha kiedy zwinnie odpiął stanik. Uniosłam lekko plecy do góry, aby kruczowłosy zdjął ze mnie stanik. Po chwili bielizna leżała już na ziemi.
    - Sprawię, że zapomnisz o wszystkim – mruknął zdzierając łapczywie moje majtki. Natychmiast poczułam chłodny powiew u zakończeniu ud. Jęknęłam cichutko kiedy palec chłopaka delikatnie zahaczył o moje kobiece wejście. – Sprawię, że zapomnisz nawet o mnie.


_________

Hej wszystkim! Co tam u was słychać? Mam nadzieję, że dobrze. Myślałam, że nie wyrobię się dzisiaj z dodaniem tej notki, ale znalazłam te dwadzieścia minut i... ta dam! Co myślicie? Mnie się osobiście podoba i nie. Piszcie w komentarzach, błagam! Uwielbiam czytać wasze opinie!
 - SAD INFORMATION - 
Planuję już tylko rozdział siedemnasty i epilog.
Możecie mnie udusić, wiem.
Ale wynagrodzę to wam CW, który ostro działa i epilog JT.
Przy okazji możecie tam zajrzeć i może skomentować, hmm?
Jak KOCHAM komentarze! Nawet te `jasbhbwdkcvbi` <3 Piszę tak w rozprawce xd
Gdybyście mieli jakieś pytania, odpowiadam na wszystkie w komentarzach.
Dziękuję, że jesteście!
Jaka ja dzisiaj emocjonalna, nie? Normalnie, mam filingss ;d
See ya, Lawers - wymyśliłam wam nazwę, może być?  Od `Law of heart`. Chyba, że macie coś innego?
Do następnego!
P.S
Dacie radę dobić może do 30 komentarzy? Połowy obserwujących? Należy mi się chyba za fakt, iż Zayn zgodził się bzyknąć Lon xD Welcome in XXI century!